Biało-czerwoni mogą mówić o sporym szczęściu, bo przegrana oznaczałaby koniec marzeń o występie w igrzyskach. Trzecia lokata daje im prawo gry w majowym turnieju interkontynentalnym w Japonii.

 

Antiga po horrorze: żyjemy!

 

„Milion słów ciśnie się na usta. Można ten mecz analizować na sto sposobów. Co nie szło, co wychodziło, dlaczego, w jaki sposób, a na końcu schodzi z nas powietrze, wygrywamy i nic, co było wcześniej, nie ma żadnego znaczenia, bo zespół awansował” – skomentował w rozmowie z PAP Roman.

 

On sam cieszy się, że ten mecz nie trwał dłużej, bo… by tego nie wytrzymał.

 

„Te huśtawki nastrojów są tak męczące, że czuję się jakbym sam był na boisku” - dodał.

 

Najbardziej szkoda mu było w trakcie spotkania zawodników, którzy walczyli z niemocą, by na końcu okazać się lepszymi.

 

„Umiejętności sportowe mamy na pewno wyższe, ale moim zdaniem wypadliśmy słabiej pod względem fizycznym, byliśmy też wolniejsi. Cały czas sądziłem, że pierwotną przyczyną były emocje, ale w pewnym momencie miałem wrażenie, jakby one były wtórne. Na przykład dochodzimy do bloku i po nim zawodnicy się przewracali. Nie byli w stanie utrzymać się na nogach. Takie samo doświadczenie miał lider Niemców Georg Grozer, który przewracał się po pewnych piłkach” – zauważył niegdyś znakomity środkowy.

 

O meczu powiedział: „To było jak walka boksera na wykończenie, czyli my cios, oni cios i kto będzie stał na samym końcu, ten wygra. W zwycięstwo włożone były wszystkie pokłady energii i emocje. Myślę, że zawodnicy po ostatniej piłce najchętniej by po prostu poleżeli”.

 

Roman uważa, że w taki sposób i w takich meczach rodzą się wielkie drużyny.

 

„To, co pokazali, jest być może zalążkiem nowego, silnego zespołu, który walczy do końca. W miarę grania, nam trochę poziom się podnosił, a Niemcom szło coraz gorzej. Na końcu okazało się, że gramy na podobnym poziomie, ale jesteśmy jako zespół bardziej doświadczeni” – powiedział.

 

Były reprezentant studzi jednak emocje i zwraca uwagę, że w Japonii wcale nie musi być tak łatwo.

 

„Przed turniejem w Berlinie powiedziałbym, że zawody w Japonii to formalność, ale tak naprawdę to trzeba grać na wysokim poziomie. Zawody w Berlinie pokazały, że nie ma już słabych drużyn w Europie, a myślę, że również w Tokio wszyscy będą chcieli się dostać do igrzysk. Patrząc obiektywnie, jesteśmy pierwsi w kolejce. Pytanie, czy ktoś nie namiesza” - podkreślił.

 

Najważniejsze jednak na chwilę obecną jest to, że Polacy zakwalifikowali się do turnieju interkontynentalnego.

 

„Później wszystko się może zdarzyć, a dla Niemców już nic się nie wydarzy...” – zauważył i dodał: „dla siatkówki stałaby się straszna krzywda, gdyby nie było nas na igrzyskach. Trzymajmy zatem dalej kciuki”.

 

Pewni gry w Tokio są Japonia, Iran, Australia, Chiny, Wenezuela, Francja i Polska oraz drużyna z drugiego miejsca trwającego właśnie turnieju kwalifikacyjnego strefy NORCECA (Kanada, Kuba, Portoryko lub Meksyk). Awans wywalczą cztery drużyny, w tym obowiązkowo jedna azjatycka.