Fyrstenberg jakiego nie znacie: W drugim życiu chciałbym być… piłkarzem!

Tenis
Fyrstenberg jakiego nie znacie: W drugim życiu chciałbym być… piłkarzem!
fot. PAP

W Melbourne Park Mariusz Fyrstenberg, zwycięzca 17 turniejów deblowych, tworzy parę z Jerzym Janowiczem. Aż 15 tytułów Mariusz zdobył z Marcinem Matkowskim. W swojej bogatej kolekcji tenisista rodem z Warszawy ma również skalpy z Danielem Nestorem i Santiago Gonzalezem. Oto wyjątkowa rozmowa Tomasza Lorka z polskim tenisistą.

„12 minut wystarczy? Dobra, Michał włącz stoper” – rzucił Fryta do Ołówka. Król uroczego żartu. Uwielbiamy ścigać się z Mariuszem na panieńskie nazwiska matek hiszpańskich tenisistów. Przełamał mnie w bratysławskiej knajpce na kortach na Juanie Carlosie Ferrero Donat. To jeden z najbardziej elokwentnych graczy na świecie. Człowiek, z którym rozmowa jest niczym wyprawa górskim traktem: Tongariro alpine crossing, jednym z najpiękniejszych szlaków w Nowej Zelandii. Fryta – człowiek, który kocha rozmasowywać intelekt…

 

Wokół kortu: Australian Open od kulis!

 

Tomasz Lorek: Prawdziwa przyjemność, Mariusz Fyrstenberg, zodiakalny Rak. Martin Blaszko, młody Słowak z Koszyc mówi, że w kolejnym życiu chciałby być tygrysem lub lwem. Serb Ilija Bozoljac wolałby być czapką Marata Safina, bo wówczas mógłby oglądać piękne dziewczyny z ciekawej perspektywy. Kim chciałby być w drugim życiu Mariusz Fyrstenberg?

 

Mariusz Fyrstenberg: Zdecydowanie piłkarzem. Futbol to moja wielka pasja od małego. Odwiedzałem jakiekolwiek turnieje do lat 14 czy 16, które odbywały się w Warszawie na obiektach Legii. Przed laty kopalnią talentów w koszykówce był streetball. Streetball wciąż się rozwija, a podobne wylęgarnie zdolnych młodych ludzi funkcjonują w piłce nożnej.

 

A na jakiej pozycji chciałbyś grać?

 

Jestem uważany za szybkiego zawodnika. Zwrotny, szybki, niekoniecznie wytrzymały… Myślę, że byłoby idealnie, gdybym nosił koszulkę z numerem 9.

 

Mistrz debla w Wimbledonie z 2012 roku, twój kolega po fachu – Jonathan Marray, twierdzi, że gdyby mógł zbudować scenę w teatrze, na której mieliby zagrać następcy Johna Cleese’a, aby odegrać skecze Monty Pythona, to umieściłby na niej Frederika Nielsena i Mariusza Fyrstenberga. Czułbyś się swobodnie jako Monty Pythonowiec?

 

Zestresowałbym się przebywając na scenie. Nie, nie, nie… Rzeczywiście, lubię sobie czasami z nich wszystkich i z siebie pożartować. Kurczę, człowiek włóczy się po świecie przez całe lata, więc nie sposób stronić od żartów. Np. w Monte Carlo regularnie organizowana jest impreza, podczas której zawodnicy śmieją się z siebie występując na scenie i  podając się za innych. Tego każdy z nas potrzebuje. Jest zbyt dużo stresu i jeśli można się z kogoś w szatni pochichrać, to warto się pośmiać. Andy Murray jest mistrzem w tej dziedzinie. Ma w sobie sarkazm, ale taki bardzo zdrowy i pozytywny.

 

Królestwo absurdalnego brytyjskiego humoru…

 

Tak, absurdalny, suchy żart. Dziękuję. Miło mi, że Brytyjczyk tak o mnie powiedział.

 

Jakby nie patrzeć, ma dosyć spore spektrum. Ma w kim wybierać.

 

Żebyś wiedział…

 

Czy tenis to spełnienie twoich marzeń? Finał Wielkiego Szlema na Flushing Meadows, który osiągnąłeś z Matką w 2011 roku... Czy dzisiaj inaczej rozegrałbyś ten finał US Open? Czy jeszcze o czymś marzysz w wymiarze tenisowym?

 

Oczywiście, że wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Człowiek jednak uczy się przez całe życie… Na pewno wybrałbym tenis. Cieszę się, że ojciec mnie namówił na ten sport. Z drugiej strony jak teraz patrzę w przeszłość… Dopiero wyjeżdżając w wieku 18, 19, 20 lat do Hiszpanii, zobaczyłem o co tak naprawdę chodzi w sporcie. Odżywianie itd. Człowiek nie miał autorytetów w Polsce. Nikt o tym nie mówił. Tenis był mało popularny. Narobiliśmy bardzo dużo błędów. Myślę, że teraz, kiedy Polska powoli wchodzi w światowy tenis, pojawiają się specjaliści, a aktywni zawodowo tenisiści za kilka lat będą służyć fachowymi radami. Mają pojęcie o sporcie, więc  będziemy tylko szli do przodu. Było kilka elementów, które naprawdę bym poprawił. Można powiedzieć, że jest limit i nie można go przekroczyć. Aczkolwiek żałuję jednego: że jeszcze nie mam Szlema w kolekcji. Mam nadzieję, że jeszcze wygram. Patrząc na moich starszych kolegów: Bryanów, Nestora, którzy są zdrowo kilka lat ode mnie starsi i dobrze im idzie, mam podstawy, aby wierzyć, że wyleczę wszystkie kontuzje i zacznę znowu grać na wysokim poziomie.

 

Nestorowi zakręcił się tysięczny mecz w profesjonalnej karierze…

 

Słyszałem o tym. Na szczęście on ma dystans do siebie. W gruncie rzeczy Daniel mógłby być moim ojcem. Gdy graliśmy w Brisbane to czasami zwracałem się do niego per Dad. Rzucałem tekst typu: great serve, Dad. Coś w ten deseń. On ma tyle pytań od dziennikarzy a propos swojego wieku, że już czasami chciałby kopnąć tego reportera, ale jak żartujemy sobie pomiędzy sobą, to Nestor jest ok.

 

Z tego co mówisz wynika, że to niewdzięczna rola: być prekursorem i przecierać szlaki.

 

Niewdzięczna, bo masz o wiele więcej blokad i przeszkód, których nikt przed tobą nie odkrył. W wielkich meczach, bardzo ważnych w karierze, na poziomie futures czy challenger, zawsze można wykonać nowe kroki w górę. Nie było nikogo przedtem, brakowało wzorców, więc presja była o wiele większa. Presja mediów… Pamiętam, że wygraliśmy z Marcinem (Matkowskim) challenger w Szczecinie w 2001 roku. Ludzie siadali na schodach gdzie popadnie, bo nie mieli gdzie usiąść. W innym kraju na taki mecz przyszłoby 10 osób. A w Polsce było bardzo dużo ludzi, ogromne zainteresowanie, a co za tym idzie większa presja. Uważam, że w młodości było ciężej, więcej stresu, ale fajnie, że nam się udało. Aczkolwiek brakuje Wielkiego Szlema...

 

Odnosiłeś wrażenie jakbyś przedzierał się przez dżunglę?

 

Tak. Człowiek nie wiedział jak to się je. Przez tyle lat podróżować razem… 24 godziny z drugą osobą… Marcin jest świetnym gościem i kompanem, ma znakomite poczucie humoru. Jest bardzo inteligentny, a mimo wszystko ciężko jest z kimkolwiek wytrzymać przez tyle lat. W 2007 roku zaczęliśmy odnotowywać dobre rezultaty, zaczęliśmy trochę zarabiać, więc braliśmy osobne pokoje w hotelach. A przez pierwsze pięć lat non stop razem. W jednym pokoju, a żeby zaoszczędzić, aby trener mógł z nami pojechać, spaliśmy w trójkę. Naprawdę mentalnie człowiek był tak zestresowany, że nikomu tego nie polecam. Fakt faktem, operacja zakończyła się sukcesem. 

 

Teraz rozumiem o co chodziło Andy’emu Summersowi, gitarzyście The Police, gdy tworzył legendarny zespół ze Stingiem i Stewartem Copelandem. Ludzie im zazdrościli, bo dziewczyny, tańce, limuzyny, sława, pieniądze, a muzycy wariowali, bo już nie mogli wytrzymać ze sobą.

 

Ich było czterech (śmiech). My takiego hulaszczego życia nie mieliśmy, ale chciałbym kiedyś przeczytać tenisową książkę kogoś, kto przez to wszystko przeszedł. Moim zdaniem najbardziej zbliżona do realiów jest książka Andre Agassiego. Przeczytałem wszystkie tenisowe pozycje. Andre opowiada jak bardzo znienawidził tenis, jaki stres dopadał go przed meczami. Miałem przyjemność zagrać na US Open gdy Andre kończył karierę. Pamiętam, że mecze zaczynały się o jedenastej. On wchodził na 11 i ja też. Siedział nieoparty, mój wielki idol. Widziałem, że Andre był zestresowany. Ile lat by się nie grało, to jednak stres zawsze jest obecny w życiu tenisisty… 

 

Jesteś takim człowiekiem, który gdy jedzie do Meksyku na challenger ATP, to wsiada do pociągu jadącego przez Barranca del Cobre? Poszukałbyś miedzi w wąwozie?

 

Nie. Byłem w Meksyku w 2015 roku. Nie sądzę, że tam jest niebezpiecznie. Ja bardzo lubię obcować z ludźmi, może nie aż tak jak ty, ale… Bardzo ciekawi mnie jak inni ludzie spoglądają na życie. Szedłem chodnikiem, a przy hotelu nie było absolutnie niczego. Środek Meksyku. Stacja benzynowa. Ludzie siadali na bruku, wychodzili z aut, pili sobie kawę, a ja szedłem sobie i chciałem posłuchać o czym rozmawiają. Zaczepił mnie jakiś Meksykanin, ot z głupia frant. Tam jest inna kultura, człowiek się nie boi kontaktu, ludzie są bardziej otwarci. To niesamowite, że gościu cieszył się, bo zrobili jakiś odcinek drogi i będzie super jeździło się w przyszłości. Taki człowiek ma inne cele i odmienną perspektywę niż my. Nie żebym z maczetą przez dżunglę przechodził, ale ogólnie bardzo interesuję się ludźmi. Uwielbiam czytać biografie.

 

Nie tylko sportowców?

 

Większość dotyczy sportu. Chciałbym kiedyś usiąść przy stoliku ze Stephenem Kingiem (pisarz). Tak sobie myślę: jakim trzeba być popaprańcem, żeby takie książki czytać.

 

Cudnie popsuta wyobraźnia.

 

Tak, ale to jest piękne. Stephen King to geniusz. Dzięki takim ludziom świat idzie naprzód. Uruchamia się koło zamachowe.

 

Rozumiesz takiego twórcę jak Czechosłowak Bohumil Hrabal, który pisał piękne książki.

 

A wiesz, ze ja go nie znam?

 

Wiesz co on zrobił? Wszyscy myśleli, że Bohusz wyskoczył z piątego piętra szpitala na Bulovce w Pradze, bo nie mógł wytrzymać fizycznie z bólu. A on zostawił list, w którym wyraźnie zaznaczył, że skoczy z okna, bo nie mógł już pisać. Tak bardzo kochał tworzyć… Czy w tobie mieszka coś takiego, że gdy nie masz siły wyjść na kort, to kończy się życie?

 

Absolutnie nie. Przez ostatnie kilka lat każdy z nas miał gorsze momenty. Kontuzja, ranking spada, gra jest słaba, coś się kończy. Teraz przeżywam taki okres. Swoje lata już mam, zaczynają nawiedzać mnie kontuzje. Davis Cupa już nie gram, jest coraz mniej występów, ale zaczyna się zupełnie inne życie. Tenis, jak zwykł powtarzać trener Juana Carlosa Ferrero…

 

Antonio Martinez…

 

… Cascales. Udało się.

 

Prowadzisz 2-0 w bitwie na nazwiska.

 

Trener Ferrero powtarzał, że gdy spojrzysz na długość życia, tenis jest tylko jego jedną cząstką. Mniejszą niż inne elementy. Uważam, że to szczera prawda. Ważne, aby znaleźć coś swojego. Nie chodzi o jakiś biznes, żeby zarabiać pieniądze, tylko, żeby robić coś z zainteresowaniem, rozwijać się. To jest najfajniejsze.

 

Chciałbyś kiedyś zostać kapitanem kadry daviscupovej czy wolałbyś komentować tenis w telewizji?

 

Wolałbym być kapitanem. Zdecydowanie wolałbym obcować z ludźmi. Kiedyś spróbowałem sztuki komentowania. To ciężka robota. To nie jest wcale takie proste. Podziwiam twój kunszt. Jak siebie słuchałem, to wyłączyłem telewizor, bo nie mogłem wytrzymać. Wolałbym mieć problemy typu: jak wygrać mecz z tym gościem albo rozwiązać problem z brakiem ręcznika. To jest o wiele łatwiejsze niż komentowanie.

 

Pamiętasz taki mecz w Liverpoolu w 2009 roku w Echo Arena kiedy pokonaliście Wielką Brytanię 3-2?

 

Oczywiście. Ciągle o tym przypominam Murrayowi. Ostatnio Andy zdobył się na doskonały żart. Usiadł przy śniadaniu i mówi do mnie: wiesz jaki jest największy import Polaków? A ja mówię: może czekolada, bo ostatnio czytałem o tym artykuł. Papierosy, może ziemniaki? A on na to: ludzie. Zacząłem się śmiać. Ciągle mu o tym przypominam, że gdy był mecz w Liverpoolu, to miasto było nasze. Później poszliśmy świętować do baru, ot na jedno piwo, a dookoła sami Polacy… Bardzo cieszyli się z naszego zwycięstwa.

 

Wtedy kapitanem Wielkiej Brytanii był John Lloyd. A Leon Smith przejął Brytyjczyków po porażce z Polską w Liverpoolu. Od meczu na trawie w Eastbourne z Turcją, Leon Smith zaczął budować nowe oblicze Brytyjczyków i dotarł do finału Pucharu Davisa. Niesamowita progresja, prawda?

 

Tak, tylko, że wszystko zależy od Murraya. Gra czy nie gra? Szczerze? Uważam, że kapitan daviscupowej reprezentacji ma z wszystkich gier zespołowych, hm, warto byłoby się zastanowić czy tenis jest grą zespołową, ale nie da się ukryć, że kapitan ma najmniejsze pole manewru. Najmniej może zmienić w obliczu całego spotkania. Co innego piłka nożna, siatkówka, ręczna itd. Uważam, że kapitan Davis Cupa musi zrobić wszystko, aby zawodnicy dobrze czuli się w drużynie. Istotne, aby nie było żadnych problemów, bo detale najbardziej denerwują zawodnika. Przykład: nie ma wody, hotel jest za daleko od hali, stres, bo kogoś coś boli, nie ma fizjoterapeuty, spóźnił się spec od naciągania rakiet. Takie rzeczy są stresujące w tych wszystkich naszych rytuałach. Nie ujmuję niczego, szczególnie naszym chłopakom, ale uważam, że mają super warunki do gry w kadrze.

 

Co niekoniecznie przełoży się na finał Pucharu Davisa, ale chcielibyśmy kiedyś w nim Polaków zobaczyć.

 

Jasne.

 

Białorusin Vladimir Ignatik, człowiek, który mieszka na Słowacji, a na przełomie listopada i grudnia jeździ w Tatry do Szczyrbskiego Jeziora i trenuje ze Słowakami. Jego mama roni łzy, bo syn nie może mieszkać i trenować w ojczyźnie. Jesteś szczęściarzem, który dojrzewał w wolnej Polsce czy zahaczyłeś się na okres kiedy komunizm jeszcze hulał na dobre? Ignatik wysyła mamie pieniądze, żeby mogła przeżyć kolejny miesiąc.

 

Ja jestem szczęściarzem, ale absolutnie szanuję naszych przodków. Uwielbiam wszystkie kroniki, które wypuścił kanał TVP Historia. Oczywiście polazłem od razu na premierę i kupiłem około 10 CD. Oglądałem je z niesamowitym zaciekawieniem. Czasami rozmawiam o komunizmie z obcokrajowcami. Z „Bestią” Maxem Mirnym się nie porozmawia na ten temat, bo on mieszka w Stanach i nie może wypowiedzieć się na temat życia na Białorusi. Polska straciła przez komunizm dziesiątki lat, ale to co się działo przechodziło ludzkie pojęcie. Było naprawdę ciężko. Naszym rodzicom się nie przelewało. Było jak było. Nie sposób było rozwijać się w żadnej dziedzinie. Teraz jest inaczej. Mamy wszystko podane na tacy… Gdy ktoś mnie pyta czy jestem zadowolony z warunków życia, to mówię: oczywiście, że tak. Jednak każdy powinien pamiętać o tym co działo się w przeszłości.

 

Wszystkie minusy kapitalizmu nie dorównują dramatowi jaki pojawia się gdy wspomnimy komunizm.

 

Oczywiście. Nie ma idealnego ustroju politycznego. Jeszcze nie udało się stworzyć systemu, który ma same plusy, ale warto szanować to, że żyjemy w wolnej Polsce…

Tomasz Lorek z Melbourne, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze