Chyliński: Lubię się utożsamiać z klubem, w którym gram

Koszykówka
Chyliński: Lubię się utożsamiać z klubem, w którym gram
fot. Polsat Sport
Michał Chyliński w stroju Anwilu - czas się przyzwyczajać.

Nie jestem człowiekiem, który gdzieś przyjedzie, zagra rok, a potem przenosi się gdzie indziej. Nie kręci mnie to. Wolę się utożsamić z miastem, z klubem, z kibicami. Wtedy czuć smak rywalizacji w lidze, w play off. To nie jest wtedy czysty biznes - powiedział Polsatsport.pl Michał Chyliński.

Łukasz Majchrzyk: Stęskniłeś się za Tauron Basket Ligą?

Michał Chyliński: Pewnie, że tak. Zawsze jest sentyment do macierzystej ligi. Inaczej się gra w kraju niż za granicą. Tam się nie odczuwa tak całej otoczki. Kiedy człowiek nie zna języka, to nie może sobie przeczytać przed meczem, co pisze prasa. W Polsce się mogę pozytywnie nakręcić atmosferą, a za granicą obcokrajowcy są trochę "poza" atmosferą. Cieszę się, że wróciłem. Mam nadzieję, że Anwil ze mną będzie grał bardzo dobrze.

 

Bestie w Tauron Basket Lidze


Teraz już wiesz, jak się czują Amerykanie w Polsce.

Oczywiście (śmiech). To nie jest łatwy kawałek chleba, żeby grać za granicą. Trzeba być bardzo mocnym mentalnie, żeby sobie z tym radzić. Zawsze uważałem, że trzeba szanować ludzi, którzy przyjeżdżają grać do nas, a najbardziej tych zza oceanu. To nie jest proste dla nich.

Szacunek dla nich wyrobiłeś sobie już po pierwszym podejściu do gry za granicą?

Jak grałem w Hiszpanii, to już wiedziałem, że występy za granicą to nie jest prosta rzecz. Kiedy lat przybywa, albo spędzi się kilka lat w tym samym kraju, to jest łatwiej, ale pierwsze miesiące w nowym miejscu na pewno nie są łatwe.

Czułeś się trochę dziwnie, zakładając koszulkę Anwilu? Zawsze grałeś przeciwko tej drużynie.

Czy czułem się dziwnie? Na pewno byłem podekscytowany, bo to jest nowy rozdział w mojej karierze, nowa przygoda. Podpisałem długoletni kontrakt i mam nadzieję z tym klubem wiele osiągnąć. Nie czułem się dziwnie. To jest nasz zawód, nasza pasja. Gra się tam, gdzie się uważa, że w danym momencie jest dobrze, gdzie się człowiek widzi. Zdecydowałem się na Anwil i na pewno jestem z tego powodu szczęśliwy i zadowolony.

Poza nieudanym podejściem do Telekom Bonn jesteś zawodnikiem, który zakotwicza na dłużej w klubach: tak było w Maladze, w Turowie. Z czego to wynika, oprócz klasy sportowej? Michał Chyliński jest taki dobry i grzeczny?

Trzeba by zapytać trenerów (śmiech). Jestem zawodnikiem, który lubi się utożsamiać z drużyną, w której gra. Jadąc do Bonn też nie miałem w planach, że będę tam grał jeden sezon, miałem zamiar spędzić tam trochę więcej czasu. Nie jestem człowiekiem, który gdzieś przyjedzie, zagra rok, a potem przenosi się gdzie indziej. Nie kręci mnie to. Wolę się utożsamić z miastem, z klubem, z kibicami. Wtedy czuć smak rywalizacji w lidze, w play off. To nie jest wtedy czysty biznes.

W meczu z Rosą Radom poprosiłeś o zmianę. To przez chorobę, która dopadła cię na początku roku?

Tak, przez dwa tygodnie leżałem w łóżku, trzy dni przed meczem z Rosą zacząłem się trochę ruszać. Cudów nie ma. Trzeba swoje potrenować, żeby wrócić do formy.

Czym cię trener Igor Milicić przekonał, żeby jednak wybrać Anwil? Miałeś oferty także z innych klubów.

Ważne było to, że trener Milicić ma kontrakt także na przyszły rok. Mogliśmy rozmawiać również o przyszłości. Widzimy wszyscy, jak gra Anwil, na jakiej pozycji jest w tabeli. Może coś ugrać. Poza tym odpowiada mi filozofia trenera Milicicia. Obserwowałem jak Anwil gra: jest dużo ruchu, zasłon, biegania. To jest coś, w czym zawsze się czułem dobrze. Klub ma podpisaną umowę z miastem na kolejne dwa lata, jest prezydent, który bardzo wspiera koszykówkę. Są takie czasy, że trzeba szukać klubów stabilnych i chcą działać według dłuższego planu. Anwil chce grać w pucharach w przyszłym roku. Powodów było naprawdę dużo.

Ofert z zagranicy nie było?

Oferty były, ale nie interesowała mnie umowa na cztery czy pięć miesięcy, a umów na półtora roku nikt nie zaoferował.

Gdyby takie oferty były, to byś został za granicą?

Na pewno bym nad tym myślał, ale nie ma co gdybać.

Ciężko powiedzieć, żeby Bundesliga mogła cię przerosnąć sportowo. Czemu nie wyszło?

Na pewno nie przerosła mnie sportowo. Było kilka rzeczy, które się na siebie nałożyły. Po pierwsze długa kontuzja - wróciłem dopiero 1 listopada do gry. Wiadomo, że po pięciu miesiącach przerwy od gry trzeba nabrać rytmu meczowego. Drużyna akurat przegrywała seryjnie, a wtedy presja rośnie. Klub podjął decyzję, że się rozstajemy, bo musiał podjąć jakieś ruchy. Oczywiście, moje statystyki nie powalały. Nie wracajmy do tego, bo to już jest przeszłość.

Łukasz Majchrzyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze