Piwo i ciąża

 

W drugą sobotę Wielkiego Szlema, kilka godzin przed rozpoczęciem finału singla pań, Tennis Australia uhonorowała wspaniałą tenisistkę i cudowną kobietę – Evonne Goolagong – Cawley. Evonne, zakochana w klimacie dziewiczej Australii, w marcu 1991 roku pędząca na złamanie karku na pogrzeb mamy Melindy Violet Goolagong, dziś jest kipiącą życiem kobietą. Zodiakalna Lwica, która kocha pomagać maleńkim brzdącom, dla których tenis jest zbyt drogi, aby próbować skończyć akcję wolejem przy sieci… Evonne pomaga, bo chce chociażby w części zmienić okrutne oblicze świata. Wciąż świetnie tańczy, pląsa z lekkością dziecka natury, wszak potrafiłaby przetrwać w ekstremalnych warunkach jak mało kto, a niejeden biały mógłby uczyć się od niej zaradności. „Evonne miała niezwykły instynkt na korcie. Nigdy nie wiedziałam co zagra. Miała tak niesamowity slajs z bekhendu, że bałam się pomyśleć co się stanie z rywalkami, gdy tworzyłyśmy z Evonne parę deblową. Ona ni stąd ni zowąd potrafiła wyczarować zagranie, które obezwładniało rywalki. Nigdy nie zapomnę naszych wspólnych występów. Imponowała mi kreatywnością. Po trosze przypominała dziecko, które ma nieskrępowane myśli i wyciąga z rękawa niekonwencjonalne zagrania. Przeciwniczki spodziewały się forhendu wzdłuż linii, a Evonne grała loba albo crosscourt z bekhendu. Niezwykła dziewczyna. Pamiętam przegrany finał singla z Evonne w 1971 roku. Wimbledon, żar leje się z nieba. Mówię do trenera po półfinale, że muszę napić się australijskiego piwa Foster’s. Trener na to: wyrzuć tą butelkę, to piwo ma ohydny smak. Odparłam trenerowi: kiedy po wypiciu piwa ja jeszcze wyraźniej widzę piłkę! Ono jest bardzo smaczne, będę lepiej mogła odpowiedzieć na bekhendowego slajsa granego przez Evonne. Nie wiedziałam wówczas, że jestem w ciąży z synem Danielem…” – wspominała z uśmiechem na twarzy Margaret Court... A Evonne nie zaprzeczała, że miała niezwykłą czutkę przy siatce.

 

Wygrywając Wimbledon w 1980 roku, Goolagong – Cawley została drugą mamą w historii tenisa, która wygrała turniej Wielkiego Szlema. Wcześniej dokonała tej sztuki Dorothea Lambert – Chambers w 1914 roku. „Było nas ośmioro, więc nie potrafię żyć w samotności. Owszem, czym innym jest spacer po piaskach pustyni i chwila na pozbieranie myśli, a czym innym jest obcowanie z ludźmi. Już zapomniałam jak ciężki jest puchar, gdy Tennis Australia uszykowała dla mnie specjalne trofeum za lata gry na kortach i rozsławianie mojej ojczyzny. Wiem jedno: żadne puchary nie są tak ważne jak niesienie pomocy potrzebującym. Cieszę się, że władze stanowe tak skrupulatnie śledzą działalność mojej fundacji. Wstaję codziennie rano i pracuję z radością widząc jak wspaniale poruszają się dzieci z okolic, w których nigdy nie słyszano o porządnym korcie tenisowym. Mój mąż, moja córka i mój syn są dla mnie ostoją. Wspierają mnie w moich działaniach na rzecz maluszków” – wyszeptała wzruszona Evonne. Uroczystość rozpoczęła się od pokazu gry na didgeridoo przez artystę z plemienia Wiradjuri, więc nie dziwota, że Evonne, wielka tenisowa mistrzyni, szlochała niczym Marion Bartoli podczas „Madame Butterfly…”.

 

Któż wprowadził muzyczne rytmy do tenisowej szatni? Odpowiedzi udzieliła zaproszona na uroczysty obiad Martina Navratilova. „Ilekroć prowadzę auto i słyszę w radio piosenkę „Killing me softly with his song” w wykonaniu Roberty Flack, od razu myślę o Evonne Goolagong – Cawley. Ona potrafiła pląsać przy tym utworze i wprowadzała zupełnie nieznany element do tenisowej szatni. Dziś, gdy widzę młodych tenisistów i tenisistki obwieszone dziesiątkami kabelków, burzy się we mnie krew, ale współcześni fachowcy wmawiają sportowcom, że to niezbędne, aby się wyciszyć. Evonne potrafiła zauroczyć nas muzyką, ale nie było to takie nachalne, nie było w tym grama pozerstwa. Ona ma w sobie muzykę, to z niej wypływa, bo wychowała się z dala od ludzkich siedzib, ale z niezwykłym poczuciem rytmu. Nie słuchała muzyki, aby wygrać Szlema, lecz dlatego, bo taka była potrzeba jej duszy. Cudowna kobieta. Miło widzieć ją cieszącą się zdrowiem. Nie sądzę, aby jej slajs z bekhendu był jeszcze bardziej wytworny dzięki dźwiękom i głosowi Roberty Flack, ale przyznaję się bez bicia: nie mogłam sobie poradzić ze slajsem Evonne…” – wyznała Martina i znów łezkę uroniła zacna pani, która jest dumna z aborygeńskich korzeni. Evonne, trzykrotna zdobywczyni Pucharu Federacji…

 

Judy, wyjątkowa pani kapitan

 

Na korcie kipiała furią, w zaciszu hotelu jest ostoją spokoju. Ma silne poczucie misji. Jeździ furgonetką po dzikich szkockich terenach i namawia młodych ludzi do gry w tenisa. Nie chce, aby na Wyspach zmarnowano złoty okres kiedy jej dwóch synów rozsławia tenisową Szkocję. Jamie, starszy z synów, nie tylko świetnie komunikuje się na korcie z kobietami (vide tytuł mistrzowski w mikście na kortach Wimbledonu wywalczony w 2007 roku z Serbką Jeleną Janković), ale i znakomicie odnajduje się w towarzystwie Brazylijczyka Bruno Soaresa. Andy, mistrz US Open’2012 i Wimbledonu’2013 – król abstrakcyjnego żartu, zrywający się na równe nogi z łóżka, gdy do drzwi puka room service ze śniadaniem. „Myślałem, że Kim urodziła dziecko kiedy otrzymałem poranny telefon do pokoju hotelowego w Melbourne. Zamiast radosnych wieści, usłyszałem w słuchawce komunikat: stoimy pod drzwiami ze śniadaniem, które raczyłeś zamówić. W Grand Hyatt znakomicie gotują, ale poprzez nerwowy okres w moim życiu (zapaść teścia, oczekiwanie na narodziny dziecka), każdy telefon traktowałem jak wieści z porodówki. Australian Open to cudowny turniej, ale różnica czasu pomiędzy Melbourne a Wielką Brytanią wynosi 11 godzin. To sprawia, że gdy się budzę w Australii, odczytuję wiadomości tekstowe od Kim, a gdy ja wstaję, to ona kładzie się spać. Trudno o rozmowę dwóch zakochanych, a wszystkiemu winna geografia… Najczęściej nawiązujemy kontakt ze sobą po moich wieczornych meczach albo po popołudniowych treningach” – wyznał lekko zaspany Andy Murray.

 

Dziś wiele osób zazdrości mu majątku, posesji w Szkocji, hoteliku, dobrych aut i pięknej żony, ale… Gdy Andy marzył o tym, aby grać lepiej niż Rafa Nadal na ziemnych kortach Andory, Judy nie miała pieniędzy, aby sfinansować jego pobyt w Hiszpanii, a Andy doskonale wiedział, że bez nauki w akademii w Barcelonie, nie ma czego szukać w starciu z możnymi tenisa. „Mam dwóch synów i trochę znam nawyki chłopców. Andy to typowy chłopak. Nie dzwonił do mamy, gdy przebywał zagranicą, chyba, że wydarzyła się tragedia w postaci utraty paszportu czy kradzieży pieniędzy. Kiedy pewnego dnia zadzwonił do mnie z hotelowej recepcji, bo w owym czasie telefony komórkowe nie były tak powszechne, pomyślałam, że stało się cos złego. Jak każda mama, byłam lekko zdenerwowana, ale Andy rozbroił mnie swoją prośbą. Zaczął z płaczem opowiadać mi, że on jest w gorszej sytuacji niż Rafa, bo nie może grać na świeżym powietrzu z najlepszymi juniorami świata. Nie ma komfortu pracy z Carlosem Moyą, który wówczas okupował górne rewiry rankingu, więc on, Andy chciałby zostać w Hiszpanii i szlifować swoje umiejętności. Wiedziałam, że w Szkocji nie ma trenerów, którzy pomogliby Andy’emu przenieść się na wyższy poziom tenisowego wtajemniczenia, bo baza treningowa niezbyt zmieniła się od czasów, gdy ja grałam w tenisa. Czułam, że Andy, który posmakował każdego sportu za wyjątkiem narciarstwa, ma ogromny potencjał, aby odegrać niepoślednią rolę w tenisie. Ponadto rozumiałam, że jeśli chce zostać profesjonalistą, nic nie uczyni dla niego tyle dobrego jak pobyt w międzynarodowym towarzystwie. Andy do dziś kultywuje przyjaźnie z okresu pobytu w akademii w Hiszpanii. To bardzo ważne, aby mieć kolegów i przyjaciół, bo kiedyś kończy się kariera, a życie biegnie dalej. Dani Vallverdu jest prawdziwym przyjacielem Andy’ego. Nie jest żadną tajemnicą, że Rafa i Andy to wspaniali przyjaciele, którzy doskonale znają się z czasów juniorskich. Pamiętałam jak zaczynał przygodę ze sportem mój tata, Roy Erskine, który grał w piłkę nożną. Zarabiał jednego funta tygodniowo, więc musiał otworzyć zakład optyczny, aby zarobić na chleb. Nigdy nie byliśmy krezusami, więc miałam mały zawrót głowy, ale udało znaleźć się finanse, aby opłacić pobyt Andy’ego w Barcelonie. Nie zapomnę uśmiechu na twarzy Jamie, gdy będąc młodym zawodnikiem, wygrał miksta z Jeleną Janković na kortach Wimbledonu. Miał zaledwie 21 lat. On po dziś dzień jest zupełnie inny niż Andy. Jest bardziej zamknięty w sobie, ale najważniejsze, że obaj chłopcy czują niezwykłą więź. Bracia, którzy wspierają się na każdym kroku. To wspaniały widok dla mamy…” – wyznała Judy Murray, a w tle słychać było taniec sztućców i szum hotelowej fontanny.

 

Andy wprawił w osłupienie dyrektora turnieju Australian Open, Afrykańczyka Craiga Tiley. W nocy z soboty na niedzielę, z 30 na 31 stycznia, Andy przybył na opustoszałe trybuny Rod Laver Arena, aby wesprzeć brata w walce o tytuł Wielkiego Szlema w deblu. Garstka fanatyków tenisa, circa 600 osób oglądało porywający finał debla panów. Z jednej strony sieci: Daniel Nestor i Radek Stepanek, a z drugiej Jamie Murray i Bruno Soares. Ponad dwie godziny fascynującej gry. Andy wzruszył się widząc znakomicie serwującego leworęcznego brata, który wydostał się z zapaści. 5-4 w trzecim secie, strata serwisu, ale Bruno i Jamie wygrali dwa kolejne gemy i zostali mistrzami Australian Open w deblu. Szkoccy kibice nadciągnęli w okolice boksu zajmowanego przez team trenerski Soaresa i Murraya. Andy podziękował ochroniarzom, cierpliwie rozdawał autografy, zegar wskazywał 1.15. Andy pamięta rozczarowanie, gdy jako brzdąc na kortach Wimbledonu nie otrzymał autografu od Andre Agassiego, więc ma ogrom serca dla wszystkich, którzy są wyznawcami jego talentu. Był dumny z sukcesu osiągniętego przez brata, robił Jamiemu zdjęcia aparatem komórkowym, a gdy nadeszła pora ceremonii wręczania pucharów, Jamie nie potrafił opanować emocji. Mówił ściszonym głosem, że to niewiarygodne, aby wygrać Szlema w deblu. Był szalenie wzruszony. Kiedy Jamie, zodiakalny Wodnik, podszedł do garstki fanów, którzy wytrwale zagrzewali go do boju, usłyszał pytanie: Jamie, a kupisz mi mewę? Jamiego zamurowało. Spojrzał w niebiosa i wyszeptał: biorąc pod uwagę aktualny czas, istnieją niewielkie szanse, aby ją kupić, ale rano postaram się upolować jedną sztukę.

 

Craig Tiley nie wierzył własnym oczom, że Andy, który kilkanaście godzin później miał wyjść na kort centralny, aby zagrać o trzeci tytuł Wielkiego Szlema w singlu, wciąż był na nogach i zagrzewał brata do boju. Tiley miał takie oczy jakby zobaczył Lenina w piżamie. Rozpoczęły się utyskiwania: a gdzie tu miejsce na profesjonalizm, przecież trzeba się dobrze wyspać przed finałem, wypocząć, zjeść coś smacznego, ale nie wykraczającego poza ramy diety… Na szczęście Andy i Jamie są dumni, że mama nakarmiła ich pierwiastkiem subtelności. Na korcie są wojownikami, ale obaj doskonale wiedzą, że w życiu są ważniejsze kwestie niż kolejna porcja metalu na zakurzonej półce…