- Coś mnie wzięło.  Dostałem kontrakt, pieniądze jakie chciałem i od razu podpisałem umowę na walkę w Krakowie - dodaje.

 

Przemysław Garczarczyk: Co się zdarzyło z Francisco Palaciosem pomiędzy ogłaszaniem przez Ciebie (wielokrotnym zresztą) końca kariery, z tak entuzjastycznym podejściem do walki z Michałem Cieślakiem?


Francisco Palacios: Dużo. Bardzo dużo. Po fatalnej porażce z Kudriaszowem, nie chciałem nawet myśleć o boksie. Miałem tego dość, chciałem się poświęcić tylko wychowaniu moich dzieci, znaleźć jakieś zajęcie. To trwało może sześć, siedem miesięcy? Najlepsze było to, że przez ten cały czas boks ciągle mi się śnił. Jakieś walki, treningi... Ludzie z tej branży mówili, że to normalne, że każdy pięściarz który był blisko bycia mistrzem, albo nim został, przez to przechodzi. Pomyślałem, że może jeszcze warto spróbować, były jakieś oferty, ale tak naprawdę zapaliłem się do “projektu powrót”, kiedy przyszła propozycja z Sauerland Promotions - walki z Mateuszem Masternakiem. Zapewniali mnie do końca, że wszystko jest OK i nagle wyczytałem, że ogłaszają walkę z jakimś śmiesznym Argentyńczykiem. A kilka dni wcześniej mówili mi, że wszystko idzie zgodnie z planem. Z mojej strony szło - byłem głównym sparingpartnerem Yunieski Gonzaleza przed jego walką z Jeanem Pascalem, pracowałem z Antonio Tarverem - lepszych sparingpartnerów na Masternaka nie mogłem mieć. Byłem załamany kiedy dowiedziałem się o odwołaniu walki.

 

Brodnicka wystąpi na Polsat Boxing Night! Będzie broniła pasa EBU

Pamiętam naszą rozmowę. Używałeś wyrazów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Tych amerykańskich, czteroliterowych.

To było “f... that!” - co dwie minuty. Wtedy było moje kolejne "nigdy więcej" i zabieranie się za mój gym w Miami. Zajmowało mi to 24 godziny na dobę, miałem moje dzieciaki, nie miałem ciągu do boksu. Rozmawiałem parę razy z Tobą, zadzwonił Mati (Borek - przyp. PG), była dyskusja a na temat tego chłopaka z Polski, ale nie ciągnęło mnie do sali. Do czasu, jak przeczytałem, że Cieślak uważa mnie za tchórza - chyba na Facebooku to napisał. Ja, Francisco Palacios, chłopak z biednych ulic Bayamon, któremu zastrzelono brata, tchórzem? Pomyślałem, “chłopcze, uważaj na siebie, bo się możesz zdziwić...” Coś mnie wzięło.  Dostałem kontrakt, pieniądze jakie chciałem i od razu podpisałem umowę na walkę z Cieślakiem. To był dopiero początek...

 



Zrobił się Team Wizard... jakiego nawet nie mogłeś sobie wymarzyć?

Bo nie mogłem. Manuel Calderon, którego nazywam Master Mind, Tony Suarez, mój cutman, który potrafi zamknąć każdą ranę i wreszcie Anthony Wilson, którego wszyscy znają jako “Chill”. Nie miałem takiego teamu nawet kiedy biłem się z Diablo Włodarczykiem, kiedy wszyscy się mnie obawiali, bo byłem w ringu nieobliczalny. Do “Chill” zadzwoniłem w ciemno. Oddzwonił dzień później, mówiąc, że jest w Dubaju. Powiedziałem mu o pomyśle, że chciałem dawnego trenera Santosa, ale on już z boksem nie ma nic wspólnego. On na to: “Kiedy jest walka?” Ja, że 2 kwietnia, w urodziny mojego syna. Tony powiedział, że nie da rady, że może wpaść na dwa tygodnie. Na to ja, że albo mam go przez przynajmniej 6 tygodni w Stanach, albo muszę szukać kogoś innego. Znowu oddzwonił dzień później - że w to wchodzi, ale pod warunkiem, że każdego dnia, kiedy jeszcze go nie ma w Miami, będzie ze mną rozmawiał o treningach, jak mi wszystko idzie. I tak robimy - ciągle dzwoni z Dubaju. Mam wszystko rozpisane co do minuty - co jeść, co robić, kiedy spać.

Francisco, znamy się długo, więc szczerze: masz trenerski Dream Team, kupiony nie za pieniądze, bo nie byłoby Ciebie na nich stać. Ale są z Tobą.

Wszystko wraca do moich początków, kiedy trenowałem wspólnie z Danielem Santosem. Był trochę starszy, chodziliśmy razem do szkoły w Bayamon. Mieszkaliśmy razem, był dla mnie jak brat. “Chill” był bardzo blisko Daniela, widział jak po śmierci brata zwariowałem, brałem pistolet i chciałem do wszystkich strzelać, zabijać. Nie zależało mi na niczym. Także w ringu. Pamiętam jak jednego dnia sparowałem z O’Neilem Bellem - niech się święci Jego pamięć - i było naprawdę ostro. Uderzył mnie po gongu, ja oddałem. Zaczęliśmy się przepychać, obrażał mnie, więc zdjąłem kask i mówię, że jak chce, to możemy się napie... na serio. Bell: “Dobra, zakładaj kask!”. Ja: “Po co? Ty możesz mieć. Ja nie potrzebuję kasku”. “Chill” to widział. Wszyscy to o mnie wiedzą. Dlatego są teraz ze mną. Nie dla pieniędzy. Nawet nie wiesz, jaką pewnością siebie mnie to wszystko napawa. Ta ekipa pracowała z kilkunastoma mistrzami świata. Teraz pracują ze mną. To rodzina.

 


Temat bolesny, ale bardzo ważny: twój stan psychiczny. Byłeś zawsze człowiekiem targanym emocjami. Do skrajności.

Byłem. Do tego stopnia, że brałem pistolet i chciałem robić coś głupiego, co skończyłoby się dla mnie więzieniem. I to w najlepszym przypadku. Parę razy tylko zbiegi okoliczności - jak wizyta przyjaciela - ratowały mnie przed zrobieniem czegoś naprawdę potwornie głupiego. Chłopaki namówili mnie, żebym spróbował pomocy psychologa. Śmiałem się z nich. Teraz już się nie śmieję, choć nie było się łatwo otworzyć przed obcym człowiekiem.

Michał Cieślak: rozumiesz jego pewność siebie, choć nigdy nie był w walkach choćby podobnych do Twoich?

Pewnie... bo w jego wieku byłem dwa razy bardziej szalony. Mówiłem "co mi tam, niech spada ten stary facet, wiem, co mam robić, ciężko trenuję, rozj... go!". Jest jedno ale: zobaczymy jak pewny siebie będzie Cieślak, kiedy zobaczy mnie twarzą w twarz na konferencji prasowej. Kiedy na ważeniu będę już nakręcony na 200 procent, kiedy zacznę swoje przemówienia... Wiesz o czym mówię. Będą dwie możliwości - albo zrobi go to jeszcze twardszym, albo pęknie, zacznie myśleć, po co mu to było. Ma dobrego trenera, który powinien mu powiedzieć dwie rzeczy: że nie jest Kudriaszowem, a ja nie jestem tylko tym pięściarzem, który z Kudriaszowem walczył. Nic więcej.