Plusliga.pl: Zaskoczył pana ostateczny rezultat w turnieju o Puchar Polski?

 

Wojciech Drzyzga: Nie. Każdy z trójki: Asseco Resovia Rzeszów, PGE Skra Bełchatów oraz faworyzowana przed turniejem i najwyżej oceniana za poziom gry ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, mógł wygrać turniej finałowy. Tuż po zakończeniu finału przyszło mi do głowy jedno słowo, niezbyt cenzuralne, ale chyba też nie obraźliwe - frajerstwo. Tak przegrywa się wygrane mecze. ZAKSA będzie miała kaca przez kilka dni, może i dłużej.

 

Nowa moda w Bełchatowie. Conte i Wrona przefarbowali brody

 

Rzadko na tym poziomie zdarza się roztrwonić pięć oczek przewagi w tie-breaku.

 

To jedno, ale tego tie-breaka w ogóle mogło nie być, gdyby byli rozsądniejsi w końcówce czwartej partii, gdzie też wypuścili bardzo dużą przewagę. W piątym secie przepuścili dwie piłki przechodzące na czystej siatce. Za takie błędy siatkówka potrafi ukarać.

 

Z czego wynikały te błędy?

 

Nie wiem, ze strachu? W niedzielnym studiu przedmeczowym Polsatu Sport padło zdanie: zobaczymy czy ZAKSA umie wygrać mecz o „coś”. We Wrocławiu okazało się, że bardziej zaprawionym zespołem w walce o laury jest Skra, oni do końca byli sobą. Kędzierzynianie natomiast zaczęli patrzeć na tablicę z wynikiem, popełniać głupie błędy, za które zapłacili utratą pucharu. Wiem, że trochę nieładnie mówić po nazwiskach do zawodników, którzy przegrali, ale ci, którzy popełnili te błędy na pewno mieli bardzo ciężką noc z niedzieli na poniedziałek. Wersja rozegrania w końcówce meczu bardzo obciąża Toniuttiego.

 

Nie miał pan wrażenia, że Francuz był bardzo zmęczony? Od początku sezonu gra non stop, a w finale sporo musiał się nabiegać.

 

Do tie-breaka jakoś dograł. Zresztą w identycznej sytuacji był Uriarte. Trzeba też powiedzieć, że trener De Giorgi nie wykonał dobrych zmian. „Zimny” Tillie wszedł w tie-breaku na boisko i nie przyjął dobrze żadnej piłki. Ta zmiana nic nie dała drużynie. Bełchatowianie wiedzieli, że nie ma zagrożenia „pipe’a”, bo zszedł Sam Deroo i od razu byli gotowi do skrzydeł. Do tego jeszcze kędzierzynianie trochę nie wytrzymali „challengu”, dali wciągnąć się w awanturę, po której padła czerwona kartka, zupełnie zasłużenie. Skra także prosiła się o kartkę i ją dostała, ale dużo wcześniej, w niegroźnym momencie na początku seta.

 

ZAKSA przegrała na własne życzenie, ale trzeba też pochwalić siatkarzy z Bełchatowa, którzy po pierwszej partii podnieśli się z kolan.

 

Bardzo duże brawa dla Bełchatowa, który w podobny sposób odwrócił także losy spotkania półfinałowego z Asseco Resovią. W niedzielę pierwsze trzy sety były słabe od strony sportowej, potem oglądaliśmy prawdziwą bitwę. Warto zauważyć, że zespoły grały jakby przeciwko statystykom, bo im miały gorsze przyjęcie, tym lepiej atakowały. I odwrotnie - gdy przyjęcie było dobre, to spadała im skuteczność w ataku. Skra wyciągnęła niejeden mecz, potrafi wygrywać. Trzeba też pamiętać, że stabilność składu na pewno jest ich atutem. Niemniej jednak bardziej pozostanie mi w pamięci fakt, że ZAKSA przegrała puchar niż to, iż wygrała go Skra. ZAKSA pokazała w tym sezonie, że potrafi grać dobrze i nie ma co na razie przypinać im etykietki, ale ciekawe czy w tym składzie będą umieli wygrywać ważne mecze - wtedy gdy jest największe ciśnienie i trzeba dokonywać najlepszych wyborów.

 

W ćwierćfinale Pucharu Polski nie było niespodzianek. Pozytywnym akcentem była postawa młodzieży ze Spały.

 

To był fajny prezent dla tych chłopaków z SMS-u Spała, trochę od losu, a trochę od systemu rozgrywania turnieju. Przez dwa sety byli równym partnerem dla PGE Skry, nie popełniali błędów, trzymali dobrą atmosferę, utrzymywali taktykę i potrafili zaskoczyć swoich dojrzałych przeciwników. Troszkę za bardzo rozochocili się po dwóch „czapach” na Mariuszu Wlazłym. Tak się cieszyli, że zapomnieli iż mecz ciągle trwa. Ale to są błędy młodości. Trzeba też pochwalić GKS Katowice, który nie dał się „zjeść” rzeszowianom. Czarni Radom również walczyli bardzo dzielnie, ich starcie z Lotosem mogło się podobać. Najbardziej rozczarował chyba Jastrzębski Węgiel, który trochę poddał mecz.

 

W półfinale Lotos Trefl Gdańsk zrobił chyba co mógł, biorąc pod uwagę, że Mateusz Mika ciągle jeszcze nie wrócił do optymalnej dyspozycji po urazie?

 

Robili co mogli, żeby wyciągnąć ten półfinał i wydawało się, że są blisko. W drugim półfinale widać było jakie problemy ma Asseco Resovia, która posiada ogromny potencjał, ale nie ma przygotowanego zespołu, jeśli chodzi o kolektyw i spójność gry. Widać, że Asseco Resovia gra indywidualnie, nie zespołowo. Częściowo te problemy można wytłumaczyć plagą kontuzji, która dotyka ich od początku sezonu. Ale muszą postawić na jakiś skład i szybko go zacząć budować, bo dla nich czas bardzo się skurczył. Ogromny szacunek dla Oliega Achrema, który wrócił po tak ciężkiej kontuzji i widać, że jest gotowy do gry na niezłym poziomie. Nie wiem jednak czy on nie powinien raczej pomagać z kwadratu w razie potrzeby. Jaeschke, i zwłaszcza Penczew, są trochę niepewni, bo nie dostali sygnału iż to oni mają być liderami, mogą czuć się trochę niedowartościowani.

 

Bardzo ważny mecz czeka Resovię już w środę, z PGE Skrą Bełchatów. Zdąży się odbudować?

 

Jeśli przegrają ten mecz, to moim zdaniem już się nie wykaraskają. Chyba, że Skrze przydarzy się jakaś seria porażek. Inaczej trudno będzie Resovii odrobić ośmiopunktową stratę.

 

Gdyby były normalne play-offy, pewnie Asseco Resovia zdążyłaby rozwiązać swoje problemy, jak było choćby rok temu. Ale tegoroczny system trochę komplikuje im sytuację.

 

Ja podpisywałem się pod innym rozwiązaniem, które zaproponował chyba Lotos Trefl Gdańsk i polegało ono na wykorzystaniu włoskiego pomysłu. Po pierwsze, kwalifikacja do europejskich pucharów odbywa się na podstawie układu tabeli po rundzie zasadniczej. Tabela mówi prawdę, po dwudziestu sześciu meczach nie ma przypadku. Po drugie, walka o medale rozstrzyga się podczas dwudniowego turnieju z udziałem najlepszej czwórki. Taki turniej mógłby odbyć się na przykład w Turon Arenie w Krakowie, bo to miasto neutralne. Sporo zyskałoby na tym przede wszystkim zdrowie zawodników, zwłaszcza reprezentantów kraju, którym pod koniec sezonu mocno będzie brakowało sił. Tym bardziej, jeśli przytrafi się seria pięciu meczów w batalii o złoty medal. Zespoły z czołówki, które mają w składzie sporo kadrowiczów nie musiałyby w każdym spotkaniu fazy zasadniczej grać o życie i mogłyby bardziej rotować składem. A tak Mateusz Mika musiał grać z Będzinem czy Bielskiem. Gra praktycznie na okrągło, bo Andrea Anastasi nie może przegrać meczu „po drodze” i stracić bezcennych punktów. Prawda jest taka, że prezesi klubów sami sobie zafundowali taką nagłą śmierć z gilotyną wiszącą nad szyją.