Sportowe równouprawnienie: wojna w USA

Tenis
Sportowe równouprawnienie: wojna w USA
fot. PAP

Zaczęło się od wypowiedzi szefa turnieju w Indian Wells, później były trzy zdania Novaka Djokovica, najlepszego tenisisty świata. Skończyło się na medialnej wojnie o to, czy jest w porządku, że kobiety zarabiają na korcie tyle samo co mężczyźni.

“Kobiety wywalczyły sobie takie same zarobki jak my. Chwała im za to. Z drugiej strony uważam, że nasz męski świat tenisowy, ATP, powinien walczyć o więcej, bo statystyki dowodzą, że więcej kibiców jest meczach z udziałem mężczyzn. To jest jeden z z powodów, dla których uważam, że powinniśmy więcej zarabiać. Kobiety powinny walczyć o tyle na ile uważają, że zasługują – my też powinniśmy” – powiedział Novak Djokovic po wygraniu turnieju w Kalifornii.

 

Nole ma rację… ale nie do końca. Patrząc na liczbę widzów, którzy przychodzą na korty, kobiety oglądane są mniej chętnie niż panowie. Patrząc na światową oglądalność TELEWIZYJNĄ, już niekoniecznie. W Australii, podczas ostatniego turnieju Wielkiego Szlema, finał z udziałem mężczyzn oglądało 1.6 mln widzów, natomiast pań tylko niewiele mniej, bo aż 1,53 mln. Jak do tego dodamy fakt, że oglądalność finału panów była 350 tys. mniejsza niż rok temu, a pań najwyższa od pięciu lat, to argument “nas ogląda więcej” się nie sprawdza. W Stanach Zjednoczonych, największym sportowym rynku telewizyjnym świata,  finał pomiędzy Sereną Williams i Angelique Kerber oglądało nad ranem WIĘCEJ kibiców niż finałowe zwycięstwo Djokovica nad Andym Murray’em.

 

Po ubiegłorocznym US Open, ESPN pokazujące turniej na trzech kanałach plus za pośrednictwem internetu, miało rekordową popularność przede wszystkim ze względu na turniej kobiet. Fakt, że popularność męskiego tenisa  w USA skończyła się wraz z Andre Agassim  nie zmienia statystyk – turniej w 2015 roku oglądało za pośrednictwem ESPN/ESPN2 prawie 80 procent więcej fanów niż rok wcześniej. Wiadomo dlaczego – bo Serena Williams miała szansę zdobyć kalendarzowy Grand Slam. Bilety na kobiecy finał też były droższe.

 

I wreszcie najważniejsze – to, ilu kibiców przychodzi na mecze, już dawno przestało mieć w wielkim sporcie znaczenie. Ponad 70 procent wpływów, to reklamowe kontrakty telewizyjne, pokrywające przede wszystkim olbrzymie gaże sportowców. Gdyby dochody Djokovica były obliczane na podstawie tylko liczby kibiców na trybunach Nowego Jorku, Paryża czy  Londynu, zarobiłby jedną dziesiątą z 50 milionów, które trafiają rocznie do jego kieszeni.

 

To samo można powiedzieć o Cristiano Ronaldo, Lionelu Messi czy LeBronie Jamesie – zarabiają wielkie pieniądze, bo sponsorzy wiedzą, że na ekranach TV oglądają ich miliony.  Telewizja dzieli i rządzi. Na marginesie amerykańskiej wojny o to, czy sport kobiecy jest wart tyle samo, co męski, wypowiedziała się szefowa zawodowej kobiecej ligi koszykarskiej – WNBA. Lisie Borders bardzo nie spodobał się komentarz szefa turnieju Indian Wells, Raymonda Moore’a, który powiedział, że “gdybym był tenisistką, to bym każdego dnia padał na kolana, dziękując Bogu, że narodził się Roger Federer czy Rafa Nadal – oni utrzymują ten sport”.

 

Pani Borders stwierdziła, że takie opinie są “przestarzałe i niedoinformowane. Kobiety są takimi samymi sportowcami jak mężczyźni”. Nikt tego nie kwestionuje – podobnie jak faktu, że  gdyby nie finansowa, techniczna i  osobowa pomoc męskiej National Basketball Association, panie z WNBA w zawodową koszykówkę by nie grały. Bo nie miałyby za co.

Przemek Garczarczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze