Po zakończeniu Polsat Boxing Night rozgorzała dyskusja, czy sędzia Leszek Jankowiak nie popełnił błędu, czy nie powinien "dać" szansy Adamkowi i zamiast na emeryturę odesłać go na minutę do narożnika. Adamek przez te 60 sekund mógł sobie odpowiedzieć na pytanie, czy da radę kontynuować wojnę z Moliną, czy już nie ma sił i chęci na dalszą "bitkę". Takiej szansy nie dostał, a szkoda, bo w Krakowie naprawdę pokazał kawał dobrego boksu.

 

Oczywiście nie był w stanie powalić Moliny pojedynczym ciosem, ale nigdy nie był w stanie tego zrobić. W wadze ciężkiej wygrywał "kłując" rywali seriami i uciekając z linii ciosów. Potrafił też przyjąć, ale nigdy nie "nastawił" się na bombę tak czystą, jak 2 kwietnia. Aż trudno uwierzyć, że Molina dostał taki prezent. A jednak... Adamek zaspał. Może dlatego, że wcześniej dostał od "Drummera" kilka innych bardzo mocnych ciosów. Być może. Widać jednak było, że był na to przygotowany. Jakub Chycki sprawił, że nawet po kilku słabszych rundach Adamek był w stanie wrócić do walki i przycisnąć przeciwnika. Punktacja sędziowska nie była przypadkowa. Gdyby Adamek nie miał siły, w końcówce padłby z wyczerpania nawet bez tak silnego uderzenia. Tak jak chociażby Andrzej Gołota podczas walki z Przemysławem Saletą.

 

W "normalnych" warunkach po takiej walce promotorzy w 10 minut dogadaliby warunki rewanżu, bo w drugim starciu kibice przeżyliby podobne emocje. Teraz Molina marzy o pasie IBF, Adamek o spokoju w New Jersey. O boksie niedługo zapomni.

 

A szkoda, bo w sobotnią noc wyglądał dużo lepiej, niż w swoich ostatnich walkach. Najbardziej żałować może chyba przegranej z Arturem Szpilką, bo wtedy wyszedł do ringu praktycznie "z marszu", bez specjalnych przygotowań. Więcej czasu spędził wtedy chyba z Rogerem Bloodworthem siedząc na ławeczce w Gilowicach niż na ciężkim treningu i sparingach. Gdyby przed Szpilką trafił "pod skrzydła" Chyckiego, gdyby nie zlekceważył młodszego kolegi, pewnie by go pokonał. Z Wiaczesławem Głazkowem też mógł wygrać a wtedy... Może to on zamiast Charlesa Martina miałby pas IBF wagi ciężkiej. Może...

 

Jednego jestem pewny. Gdyby Adamek jeszcze raz zmobilizował się do katorżniczej pracy w Łomnicy, w rewanżu wypunktowałby Molinę. I dopiero wtedy mógłby powiedzieć "wystarczy". Nie powinien kończyć kariery porażką przez nokaut. Powinien wrócić na jeszcze jedną - poważną walkę. Nie pożegnalne show. Widać jednak, że chęci już nie ma. Trudno. Pozostaje więc tylko podziękować za lata spędzone w ringu i emocje w wadze półciężkiej, junior ciężkiej i ciężkiej. I powiedzieć: "Szacunek".

 

W załączonym materiale wideo rozmowa z Tomaszem Adamkiem po walce z Erikiem Moliną.