Adrian Janiuk: Jak odnaleźli się piłkarze Podbeskidzia w nowej rzeczywistości? W szatni „Górali” panują grobowe nastroje?

 

Mateusz Możdżeń: Cały czas dyskutowaliśmy o tym co się stało, ale grobowych min nie zauważyłem. Aczkolwiek nie da się od tego uciec, bo w naszym życiu piłkarskim takie zamieszanie miało miejsce po raz pierwszy. Nie potrafiliśmy przejść obok tego z dnia na dzień. My piłkarze tak naprawdę nie wiemy do końca, co się wydarzyło poza tym, że Podbeskidzie zamiast grać w grupie mistrzowskiej będzie walczyło w grupie spadkowej. Wydaje mi się, że pełną prawdę poznamy wówczas, gdy wy dziennikarze, czy inne osoby zupełnie niezaangażowane w żadną ze stron zaczną dociekać, kto jest odpowiedzialny za taką decyzję. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy zmuszeni jak najszybciej odciąć się od tego całego zamętu. Za chwilę gramy następny mecz jakby nie było o utrzymanie, więc zostawiamy to ludziom, którzy spojrzą na to z innego punktu widzenia.

 

Okazało się, że Podbeskidzie nie będzie musiało udać się w daleką podróż do Szczecina tylko zagra u siebie z Termalicą. Czyli ekipa, z którą Pana drużynie gra się wyjątkowo dobrze. Szykuje się trzecie zwycięstwo nad beniaminkiem z Niecieczy?

 

W tym sezonie dwukrotnie pokonaliśmy Termalicę 2:0. Czujemy się pewnie przed potyczką z zespołem z Niecieczy, ale nie tylko z tego względu, że już dwa razy ich pokonaliśmy. W ostatnich trzech meczach nie straciliśmy bramki, a do tego dwa z nich wygraliśmy. Wdaje mi się, że nasza forma poszła w górę w odpowiednim momencie. W porównaniu do rundy jesiennej możemy być bardzo zadowoleni pomijając już fakt, że najpierw dostaliśmy „lizaka”, ale szybko nam go zabrano.

 

Pana drużynie pozostaje, więc obrona tego 9. miejsca, na którym ostatecznie Podbeskidzie się znalazło.

 

W tej chwili jesteśmy na pierwszym miejscu w grupie spadkowej, ale dwa spotkania mogą wiele zmienić. Górnik Łęczna, który jest przedostatni, ale traci do nas zaledwie trzy „oczka”. Inny ciężar gatunkowy będą miały te spotkania niżeli gralibyśmy w grupie mistrzowskiej. Uważam, że moglibyśmy sporo tam namieszać, bo grałoby się nam o wiele łatwiej, na luzie. Tutaj sytuacja jest zgoła odmienna.

  

Mimo wszystko Podbeskidzie jest jednym z największych zwycięzców rundy rewanżowej. Sytuacja Pana drużyny zmieniła się niemalże o 180 stopni. Bielszczanie zimę spędzili na ostatnim miejscu w tabeli, a tu taki skok. Na tamten moment miejsce w czołowej ósemce pozostawało w sferze marzeń?

 

Byliśmy taką trochę rewelacją ligi i nikt nie może z tym polemizować. Punkty, które zdobyliśmy na wiosnę dałyby nam miejsce w czołówce biorąc pod uwagę rundę rewanżową. Gra w grupie mistrzowskiej była dla nas marzeniem, które goniliśmy. I nawet na chwilę je dogoniliśmy. Awans wywalczyliśmy na boisku, a tu nagle taki szok. Abstrahując już od tego, że dotyczy to właśnie nas, ale samo to, że coś takiego miało miejsce. Takiej historii nawet najlepszy pisarz nie byłby w stanie wymyślić.

 

Trener Robert Podoliński utrzymał posadę po rundzie jesiennej i odmienił zespół po zimowym obozie przygotowawczym? Spodziewał się Pan, że aż tak dobrze Podbeskidzie może grać na wiosnę?

 

Jadąc na obóz do Turcji myśleliśmy tylko o tym, żeby przygotować się do spokojnej walki o utrzymanie. Szkoleniowiec również pod tym kątem nas ukierunkowywał, co uzasadniał fakt, że zamykaliśmy stawkę. Trener Podoliński nie zwątpił w nas, bo wiedział, że karta w końcu musi się odwrócić. Po wysokiej porażce z Lechią na wyjeździe odnieśliśmy trzy zwycięstwa. Potrafiliśmy wysoko pokonać Lecha u siebie i wtedy weszliśmy na właściwe tory.

 

Przenosiny do Podbeskidzia dobrze na Pana podziałały. Po niezbyt udanym sezonie w Lechii Gdańsk odżył Pan w Bielsku-Białej.

 

Pobytu w Gdańsku od strony zawodowej nie będę dobrze wspominał. W Podbeskidziu gram na pozycji, na której czuję się najlepiej oraz mam więcej swobody. W poprzednich klubach zarówno w Lechu, jak i w Lechii była inna presja wyniku. Bardzo budujące jest to, że jestem ważną częścią zespołu. Przyznam szczerze, że jak przyjechałem tu przed sezonem to miałem mieszane uczucia. Nie sądziłem, że w nowym klubie tak pozytywnie będzie układał się sezon dla mnie. Owszem początek nie był łatwy, ale z biegiem czasu udało się odmienić losy. Wierzyłem, że ten sezon jest jeszcze do uratowania. Do tego bardzo się cieszę, że mój skromny, ale zawsze rekord strzelecki został wyrównany (śmiech). Jednak nie zadowalam się tym bilansem i liczę, że uda mi jeszcze wpisać na listę strzelców.

 

Znakomita okazja do strzelenia piątego gola w sezonie nadarzy się już w najbliższą niedzielę w meczu z Termalicą. Można powiedzieć, że jest Pan katem beniaminka Ekstraklasy, bo w dwóch meczach strzelił Pan przeciwko im dwa gole.

 

Rzeczywiście jest to rywal, który był do tej pory jest wygodny dla Podbeskidzia, ale również dla mnie. Będziemy mogli powiedzieć, że jestem katem Termalicy jak w trzecim meczu przeciwko niej skieruje piłkę do bramki (śmiech). Mówiąc całkiem poważnie, to zdajemy sobie sprawę, że mecz jest meczowi nie równy, więc na pewno nie zlekceważymy drużyny z Niecieczy. Jak już wspomniałem w dwóch poprzednich starciach byliśmy wyraźnie lepsi i zrobimy wszystko, żeby tym razem również tak było. 

 

Potrzebował Pan stabilizacji, żeby znowu cieszyć się grą w piłkę? Kontrakt z Podbeskidziem podpisał Pan do końca czerwca 2017 roku, więc to oznacza, że Mateusz Możdżeń po sezonie nigdzie się nie wybiera?

 

W piłce nożnej nie można niczego być pewnym na sto procent. Nie wiadomo co wydarzy się po zakończeniu rozgrywek, dlatego nie będę niczego deklarował. Na tę chwilę nie dostałem żadnej propozycji, więc nie myślę o odejściu.

 

Po tym jak okazało się, że zabraknie dla Podbeskidzia miejsca w czołowej ósemce nie pomyślał Pan, że poniekąd ciąży nad Panem fatum Lechii? Najpierw nieudana przygoda z tym klubem, a teraz taka przedziwna sytuacja?

 

Nie pomyślałem w ten sposób, bo w całe to zajście był również zamieszany Ruch Chorzów. Na pewno Lechia zaskoczyła wszystkich swoim posunięciem. Nikt nie spodziewał się, że gdańszczanie wycofają swój wniosek. Wcześniej więcej mówiło się o nas i o Ruchu, a tu nagle Lechia wystąpiła w roli głównej. Poza tym nie myślę o moim poprzednim klubie. Jej los jest mi wręcz obojętny.

 

Rozmawiając z Panem nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że trafił Pan pod właściwy piłkarski adres. Rodzinna atmosfera w Podbeskidziu tak pozytywnie na Pana działa?

 

Racja, bo cała drużyny miała na to wpływ. Często słyszałem od starszych zawodników, że w mniejszych klubach atmosfera jest może nie lepsza, ale bardziej przyjazna. Wcześniej tego nie zaznałem, więc nie wiedziałem do końca z czym jest to związane. W Podbeskidziu da się to odczuć. Dzieje się tak głównie za sprawą tego, że więcej czasu spędzamy w swoim gronie. Często pojawia się inicjatywna wspólnego wyjścia. Na początku miałem obawy jak odnajdę się w nowym otoczeniu, ale one szybko ustąpiły. Gdy pod względem osobistym wszystko układa się jak należy, to wówczas życie piłkarski staje się łatwiejsze.