Głowacki w sobotę w Prudentian Center bronił pasa WBO w starciu ze Stevem Cunninghamem. Pięściarze dali popis, ale tego samego nie można powiedzieć o organizatorach. Przede wszystkim kibice zgromadzeni przed telewizorami w Polsce nie mogli obejrzeć kilku rund, a kiedy nie rwał się przekaz, to realizatorzy nie pokazywali chociażby powtórek najciekawszych akcji. To jednak nie miało wpływu na postawę Głowackiego. Znaczenie natomiast z pewnością miało przesunięcie jego walki z pozycji drugiej na trzeciej, zaledwie kilka godzin przed zaplanowanym starciem. 

Po 16 latach zajmowania się boksem zawodowym wiem, że na różnych rynkach panują róże obyczaje. W Niemczech, w tych najlepszych latach niemieckiego boksu, już miesiąc wcześniej było wiadomo, co do minuty o której, kto wychodzi do ringu. W Stanach Zjednoczonych proces organizacyjny jest zupełnie inny. Pozornie to wygląda na wielki chaos i bałagan. Obserwując to od zaplecza wydaje się, że to nie może się udać. A potem nagle okazuje się, że wszystko zaskakuje i jest show. To nie jest jednak dziesięciu świetnie zorganizowanych pracowników, tylko 150 osób kręcących się z krótkofalówkami. Nikt nic nie wie i każdy szuka kolejnego menadżera. To taka specyfika tego rynku, że pięć godzin przed walką przesuwają pojedynek o pół godziny - ocenił promotor Andrzej Wasilewski.

Zaskakujący był też brak efektów specjalnych i wyjątkowej oprawy podczas wyjść zawodników. Na galach organizowanych przez Ala Haymona to dość zaskakujących, bo przecież ten najpotężniejszy człowiek w świecie boksu zawodowego nigdy na niczym nie oszczędzał.
Widać, że wszystko jest trochę przeformowane. Być może  z przyczyn finansowych. Rachunków nie widziałem, ale podobno te wyjścia, światła kosztowały koła miliona dolarów. Jeśli to prawda, to wydaje mi się, że to grube miliony wyrzucone w błoto. Teraz z kolei była dość skromna produkcja... - dodał Wasilewski.

Cała dyskusja w załączonym materiale wideo.