Awans nad awansami. Vive pisze piękną historię

Piłka ręczna
Awans nad awansami. Vive pisze piękną historię
fot. Cyfrasport

Trzeci w ostatnich czterech sezonach awans do Final Four Ligi Mistrzów - Vive Tauron Kielce przestaje być na europejskich salonach nowicjuszem, zmienia się w stałego bywalca. Że każdy z tych awansów był wielkim wydarzeniem i ogromnym sukcesem, to rzecz bezdyskusyjna. Ale mam wrażenie, że można jednak zhierarchizować te osiągnięcia. I że to ten ostatni awans należy cenić najwyżej.

Dlaczego? A choćby dlatego, że w trwającym sezonie Vive problemów kadrowych miało więcej niż w poprzednich latach. I że to właśnie w 2016 roku mistrzom Polski przyszło mierzyć się w walce o Final Four z najsilniejszym rywalem.

Z Bogdanem Wentą na salony

Trzy lata temu kielczanie, jeszcze pod wodzą Bogdana Wenty, przebojem wdarli się do elity. Ich obecność w Kolonii, gdzie rozgrywany jest finałowy turniej Champions League, była jak otwarcie okna w pięknym ale dawno niewietrzonym salonie. Mistrzowie Polski wtargnęli na przyjęcie, na które od lat zapraszano niemal wyłącznie gości z Niemiec i Hiszpanii.

Zresztą w takim właśnie niemiecko-hiszpańskim towarzystwie, złożonym z Kielu, Hamburga i Barcelony, znaleźli się zawodnicy Vive. Były zawodnik lig hiszpańskiej i niemieckiej, swobodnie porozumiewający się w obu tych językach Bogdan Wenta był w pierwszy czerwcowy weekend 2013 roku w centrum zainteresowania obecnych w Kolonii mediów. Wielcy handbalowego świata przyglądali się mistrzom Polski życzliwie, ale podział na trzech gigantów i jednego kopciuszka był wyczuwalny.


Zespół Bogdana Wenty po historycznym awansie do Final Four Ligi Mistrzów w 2013 roku (fot. Cyfrasport)

Dlaczego zatem tamten historyczny awans waży moim zdaniem troszkę mniej od obecnego? Po pierwsze: Vive drogę do Final Four miało prostszą i mniej wyboistą. Stosunkowo łatwa grupa, w 1/8 finału nie tak mocny jeszcze wówczas Pick Szeged, a w ćwierćfinale solidny, ale nie jakiś potężny, Metalurg Skopje. Zresztą dwumecz wygrany na tym etapie rozgrywek różnicą aż trzynastu bramek sporo mówi o skali trudności zadania, które stało przed kielczanami. Po drugie: polscy liderzy mistrzów Polski, czyli Szmal, Jurecki, Lijewski, Bielecki, Tkaczyk byli... o trzy lata młodsi; a to pod koniec wyczerpującego sezonu kwestia, której lekceważyć nie należy.

Meczów mniej, zawodnicy zdrowsi

Po nieco słabszym sezonie 2013/2014, w trakcie którego Bogdana Wentę zastąpił Talant Dujszebajew, kielczanie w kolejnych rozgrywkach znów dotarli do najlepszej czwórki w Europie. To był już sezon 2014/2015 - ostatni, w którym Ligę Mistrzów rozgrywano według starego systemu. A to oznaczało, że w fazie grupowej meczów do rozegrania było mniej, a rywale łatwiejsi niż w aktualnym schemacie rozgrywek.

 


We did it again - w 2015 roku Vive znów jedzie do Kolonii (fot. Cyfrasport)

W dodatku w kluczowym momencie rozgrywek sytuacja kadrowa Vive wyglądała bardzo dobrze. W ćwierćfinałowej rywalizacji z Vardarem Skopje brakowało tylko Krzysztofa Lijewskiego, który zresztą na Final Four był już zdrów.

Do Final Four bieg z przeszkodami

O środowe zwycięstwo nad Flensburgiem przyszło kielczanom bić się w okolicznościach mniej sprzyjających. Po reformie Champions League w samej tylko fazie grupowej szczypiorniści Vive musieli rozegrać aż czternaście spotkań między innymi z Barceloną, Rhein-Neckar Loewen, Vardarem czy rosnącym z roku na rok w siłę Pickiem. Wreszcie, już w ćwierćfinale, na drodze ekipy trenera Dujszebajewa stanął wielki Flensburg. Triumfator Champions League sprzed dwóch lat, wicelider Bundesligi.

A Vive Tauron? Cóż, przedsezonowa wymiana Musy i Grabarczyka na Mateusza Kusa nie uszczelniła defensywy mistrzów Polski. A na domiar złego przytrafiły się kontuzje postaci absolutnie fundamentalnych dla funkcjonowania zespołu. Mariusz Jurkiewicz, który miał być filarem defensywy i ważnym ogniwem w ataku - stracił cały sezon. Grzegorz Tkaczyk przeżywający w ostatnich sezonach drugą młodość - od listopada nie może grać. Jakby tego było mało, tuż przed rewanżem z Flensburgiem ze składu wypadł Karol Bielecki, drugi strzelec Vive w trwającym sezonie Ligi Mistrzów (68 goli), człowiek, który potrafi zdobywać najważniejsze bramki.


Tuż po meczu z Flensburgiem. Dzik Kielek też wybiera się do Kolonii... (fot. Cyfrasport)

Efekt był taki, że w wyczerpującym fizycznie, toczonym w zawrotnym tempie meczu Michał Jurecki i Uros Zorman nie mieli zmienników. Na dwóch kluczowych pozycjach w drugiej linii Talant Dujszebajew nie miał opcji numer dwa. Po czerwonej kartce dla Kusa liczba wariantów w obronie też się skurczyła...

I w takich okolicznościach kielczanie wyrwali, wyszarpali jednobramkowe zwycięstwo. I dlatego zasługują na słowa największego uznania. I dlatego z trzech awansów do Final Four, ten ostatni smakuje najlepiej.

PS.: W ostatniej akcji Reichmann faulował i Flensburgowi należał się rzut karny, to jasne. Ale warto pamiętać, że w tym momencie Niemcy atakowali siedmiu na czterech. A taki układ sił na parkiecie teorię (forsowaną już w niektórych niemieckich mediach) o sędziowskiej pomocy dla Vive czyni jednak mało wiarygodną...

Szymon Rojek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze