Błaszczykowski: Granice zostały przekroczone. Ktoś chciał mnie sprowadzić na ziemię

Piłka nożna
Błaszczykowski: Granice zostały przekroczone. Ktoś chciał mnie sprowadzić na ziemię
fot. PAP

W przesądy nie wierzę. One są dla słabych ludzi. Kiedy jesteś mocny i znasz swoją wartość, to zrobisz to, co chcesz. Dlatego wierzę w reprezentację na Euro - powiedział w rozmowie z Polsatsport.pl reprezentant Polski i pomocnik Fiorentiny Jakub Błaszczykowski.

Sebastian Staszewski: W Pana karierze wiele już było zawirowań. Miał Pan kłopoty z grą u trenera Jürgena Kloppa, w reprezentacji Polski też zdarzały się gorsze momenty. Dziś znów jest Pan na zakręcie swojej kariery?

 

Jakub Błaszczykowski: A skąd to pytanie?

 

Nie może Pan powiedzieć, że ten rok jest dla Pana udany…

 

Jeżeli jednak podsumujemy to dlaczego nie jest udany to zrozumiemy, że wszystko działo się z racji problemów zdrowotnych. Takie jest życie. Muszę to wziąć na klatę, przeżyć i walczyć o swoje. Zawsze tak do tego podchodziłem. Nigdy się nie poddawałem. I życzę wam tego samego, życzę wam więcej wiary w człowieka. Łatwo jest kogoś skreślić. A jak ktoś w kogoś drugiego przestaje wierzyć, to automatycznie pokazuje, że sam jest słaby.

 

Sądzę, że z kibicami nigdy nie straciliśmy wiary w Pana, chociaż zawsze są momenty lepsze i gorsze. Na konferencji prasowej zorganizowanej z okazji podpisania przez Pana kontraktu reklamowego mówił Pan o szacunku…

 

Nie wymagam tego szacunku, ale są pewne granice, których się nie przekracza. Był moment, gdy na siłę chciano mi zaszkodzić. Ja w tym nie uczestniczyłem, nie dałem żadnego wywiadu a i tak dowiadywałem się o sobie coraz to nowych rzeczy.

 

Mówi Pan o rzekomym konflikcie z Robertem Lewandowskim? O sprawie opaski kapitańskiej? 

 

Mówię ogólnie. Tych kwestii było tyle, że ciężko coś wyodrębnić. W mojej opinii pewne granice zostały przekroczone. Komuś widocznie przeszkadzałem i trzeba było mnie sprowadzić na ziemię.

 

Pana początek we Fiorentinie był bardzo dobry. Prasa się Panem zachwycała. I przyszła ta nieszczęsna kontuzja. Co działo się w Pana głowie? Bo jest Pan w nowym kraju, w nowej lidze, dziennikarza Pana chwalą i nagle…

 

I nagle jesteś najsłabszy.

 

Tak, i nagle Pana nie ma.

 

Trener Paulo Sousa powiedział, abym nie jechał na reprezentację, bo miałem problemy ze stopą, nie grałem w kolejce ligowej. A ja się uparłem i powiedziałem, że kadra jest dla mnie najważniejsza. I po tym wszystko się zaczęło [Błaszczykowski zagrał 12 minut w towarzyskim meczu z Islandią i murawę opuścił z kontuzją – przyp. red.].

 

Słyszałem, że Włosi byli na Pana wściekli.

 

Trzeba ich zrozumieć. Liczyli na mnie w tamtym okresie, a ja wróciłem z urazem, który wykluczył mnie na dwa miesiące. No i wszystko potoczyło się po swojemu. Ja jednak niczego nie żałuję. Reprezentacja zawsze będzie dla mnie najważniejsza, mecz w kadrze to spełnienie marzeń. I nawet jeśli z tego tytułu wynikają takie problemy – życie. Nie wyobrażam sobie, abym miał odmówić przyjazdu na zgrupowanie, bo na przykład gramy „tylko” towarzysko.

 

Do końca kwietnia Viola musi zdecydować czy wykupi Pana z Dortmundu. Jak ocenia Pan szansę na pozostanie we Florencji?

 

Nie no, wydaje mi się, że… Ciężko powiedzieć. Zostawmy to i poczekajmy.

 

A potwierdza Pan głosy niemieckiej prasy, że trener Thomas Tuchel wyraził zgodę na Pana powrót do Borussii?

 

Ja z trenerem jeszcze nie rozmawiałem. Jesteśmy przecież w trakcie sezonu i dlatego sugeruję troszeczkę cierpliwości. Dopiero za jakiś czas będę mógł zapoznać się z wizją Tuchela i jego koncepcją budowy drużyny.

 

Chciałbym zapytać o ofertę z Chin, z klubu Jiangsu Sainty…

 

Cały czas o tych Chinach!

 

To interesujące. Chińczycy, którzy zdominowali rynek transferowy, zainteresowali się czołowym polskim piłkarzem. Nie chciał Pan tam jechać, bo jeszcze na to za wcześnie, czy może odstraszyła Pana osoba trenera Dana Petrescu? Pracowaliście już razem w Wiśle Kraków. On nazwał Pana leniem, a Pan powiedział, że to najgorszy trener z jakim Pan pracował.

 

Nie najgorszy, tylko taki u którego trenowało się najciężej. I nie ma co ukrywać, że było bardzo trudno. Ale zrobiło mi się miło, że akurat Petrescu zadzwonił i o mnie zapytał. Razem pracowaliśmy, ale z 10 lat temu!

 

Powiedział Pan „nie, dziękuję”. Dlaczego?

 

Decydujący był fakt, że mam rodzinę, dwójkę dzieci. Poza tym pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego wolałem zostać w Europie. Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem, jak będzie przebiegać moja kariera, ale dziś Chiny to nie jest kierunek, który mnie interesuje.

 

A Anglia? Liverpool już raz Pana chciał, a teraz ma Pan tam swojego ambasadora, trenera Jürgena Kloppa!

 

Z trenerem mamy dużo wspólnych sukcesów, sporo osiągnęliśmy…

 

Jesteście w kontakcie?

 

Tak, oczywiście. Cały czas. I cieszy mnie, że tak jest. Nie pracujemy razem, ale na łączach jesteśmy. Dziś jednak nie myślę o Anglii.

 

The Beatles Pan lubi?

 

Nie miałem okazji jeszcze słuchać. Nie to pokolenie.

 

Zbliża się Euro 2016. Daje to Panu energetycznego kopa? Będzie chciał Pan tam coś udowodnić?

 

Udowodnić na pewno nie. „Udowadnianie” to złe słowo. Nic nikomu nie muszę pokazywać. Znam swoją wartość, wiem co potrafię. Euro dało mi motywację do ciężkiej pracy, do zmiany sposobu życia, do zmiany sposobu odżywiania…

 

Artur Boruc w trakcie pobytu we Florencji zachwycał się tamtejszym jedzeniem. I Pan też przeskoczył z niemieckiego wursta na ravioli, dobre makarony, risotto.

 

Tak, jedzenie jest tam pyszne. Ale trzeba zachować umiar, bo bez niego szybko można wpaść w problemy z wagą.

 

Reprezentacja porwała kibiców. Pamięta Pan tak dobrą atmosferę wokół kadry? Może tak było przed mistrzostwami Europy w 2012 roku?

 

Wydaje mi się, że przed każdym Euro atmosfera była świetna, balonik był pompowany. Musimy stanąć trochę z boku i spojrzeć na to z dystansem. Szczególnie ci doświadczeni zawodnicy, którzy już grali w takim turnieju. Ja to trochę rozumiem. Kibice tego potrzebują, prasa też, ale my, piłkarze, musimy zachować chłodną głowę, pokorę i szacunek do przeciwnika.

 

We Francji zagramy z Irlandią Północną, Niemcami i Ukrainą. Co Pan wie o tych rywalach?

 

Najwięcej wiem oczywiście o Niemcach. Osobiście jednak wolałbym się skupić na nas. Nie na przeciwnikach, tylko na naszej grze. Jeśli będziemy prezentować się dobrze, to rywal nie będzie tak mocny. „Jeśli my będziemy mieć piłkę, to nie będzie jej miał rywal” – tak powtarzał Leo Beenhakker. I to prawda. Kiedy masz futbolówkę, to możesz zrobić z nią coś pozytywnego.

 

Wierzy Pan w porzekadło, że do trzech razy sztuka?

 

W przesądy nie wierzę. One są dla słabych ludzi. Kiedy jesteś mocny, silny i znasz swoją wartość, to zrobisz to, co chcesz, i nie ważne czy za pierwszym, drugim czy piątym razem. Wszystko zależy od tego, jaką masz w siebie wiarę i czy umiesz porażki przekuwać w sukcesy.

 

A Pan ma tę wiarę, że we Francji w końcu będzie dobrze?


Mam wiarę, że każdy kolejny mecz będzie tym najważniejszym.

Sebastian Staszewski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze