I Lech, i Legia zostały wywrócone do góry nogami. Jeśli ktoś przypuszczał, że już sam udział w tej prestiżowej imprezie będzie bodźcem do pójścia w górę, sportową katapultą, jest w błędzie. Lech co prawda jeszcze po chwili zrewanżował się Legii za przegrany Puchar i zdobył mistrzostwo Polski, ale później był szybki zjazd. Występ w europejskich pucharach po raz kolejny obnażył naszą piłkę klubową. Mistrz Polski – Lech – tam nie pasował, a Legia nie była lepsza…

 

Kolejorz tak się zmęczył pucharami, że w lidze przegrywał mecze za meczem ze wszystkimi i, aby się ratować, zwolnił Macieja Skorżę, którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej wynoszono pod niebiosa. W Legii głowę stracił Henning Berg, który obiecał, że wprowadzi klub w inny, sportowy wymiar.

 

Bohater tamtego finału – Marek Saganowski – wystąpił w tym sezonie w sześciu meczach. Inaki Astiz wyjechał na Cypr, Jakub Kosecki do drugiej ligi niemieckiej, a Dusan Kuciak – na ławkę do Anglii. A kto dziś pamięta o Ivicy Vrdoljaku? Tak jak w Lechu o Muhamedzie Keicie, Barrym Douglasie, Zaurze Sadajewie czy Macieju Gostomskim. Pamiętają za to o Kasprze Hämäläinenie, który wywinął numer i zmienił Poznań na Warszawę.

 

To trofeum – Puchar Polski - byłoby jeszcze cenniejsze, gdyby ci, którzy jutro wzniosą je na Stadionie Narodowym, ale także ci przegrani, potraktowali to jako wstęp do czegoś naprawdę dużego. To cacko to naprawdę fajna rzecz; szampan z niego wypity przez zwycięzców nie może ich jednak nasycić.

 

Cezarego z Pazurem zobacz w materiale wideo.