Wisła, by wygrać z Vive musi... oszukać przeznaczenie

Piłka ręczna
Wisła, by wygrać z Vive musi... oszukać przeznaczenie
fot. Cyfrasport
Marcin Wichary jeszcze wierzy...

Chcemy wrócić do Kielc i wygrać tam mecz numer pięć - śmiało deklaruje Marcin Wichary, bramkarz Orlen Wisły Płock. Gdyby płocczanie, którzy po dwóch spotkaniach przegrywają z Vive Tauronem 0-2, tego dokonali, byłoby to wydarzenie bez precedensu. Od 2005 roku, od kiedy w polskiej lidze obowiązuje system play-off, nikomu jeszcze taka sztuka się w finale nie udała.

W sezonie 2003/2004 piłkarze ręczni o mistrzostwo Polski rywalizowali na dystansie 32 kolejek (22 w fazie zasadniczej plus dziesięć po podziale tabeli na dwie szóstki). Od 2005 roku nieprzerwanie o medalach decyduja walka w systemie play-off. I od tego momentu zespół, który wygrał dwa pierwsze spotkania wielkiego finału, za każdym razem sięgał po złoto.

Czy podopieczni Manolo Cadenasa będą w stanie napisać zupełnie nowy rozdział tej historii? Przekonamy się już wkrótce, a w oczekiwaniu na weekendowe mecze (mecz?) w Płocku, przypomnijmy sobie rozdziały poprzednie.

Cztery tłuste lata Vive

W czterech ostatnich sezonach Vive zaczynało finałową rywalizację u siebie i za każdym razem zaczynało ją od dwóch wygranych. Efekt? Cztery kolejne tytuły mistrzowskie. I tylko jeden z tych finałów udało się Wiśle nieco przedłużyć. Tak było w roku 2014, w którym Nafciarze w trzecim meczu wygrali u siebie 31:27, ale ten sukces kosztował ich tyle zdrowia, że dzień później kielczanie bez problemu przypieczętowali mistrzostwo wygrywając 34:25.

Inny przebieg miała rywalizacja dwóch najlepszych polskich zespołów w roku 2011. Wtedy dwa pierwsze mecze finału znów odbyły się w Kielcach, ale jeden z nich wygrała Wisła, dzięki fantastycznej dyspozycji Piotra Chrapkowskiego, dziś już zawodnika Vive. Drużyna prowadzona wówczas przez Larsa Walthera przywiozła na Mazowsze remis 1-1 i wykorzystała okazję wygrywając dwa kolejne spotkania w Orlen Arenie. 29 maja 2011 roku Wisła świętowała mistrzostwo Polski. Jak do tej pory - ostatnie.

Od 2-0 do 2-3. To się Wiśle przytrafiło

Jeśli cofniemy się o kolejny rok, wreszcie trafimy na przykład imponującego odwrócenia losów rywalizacji ze stanu 0-2 na 3-2. Tyle że działo się to w półfinale, a nie w rywalizacji o złoto. Jednymi z bohaterów tamtego dreszczowca byli zresztą zawodnicy Wisły, przypadły im jednak role wielkich przegranych.

Po dwóch zwycięstwach u siebie Nafciarze jechali do Kwidzyna przypieczętować awans do finału. Nic z tego. Ambitni zawodnicy MMTS wygrali dwa mecze u siebie, a następnie piąte spotkanie w Płocku. Różnicą jednej bramki! Wyczyn zespołu z Kwidzyna pozostaje jedną z największych sensacji ostatnich lat w polskiej lidze. Gwoli formalności przypomnijmy tylko, że w finale MMTS po dwóch porażkach na otwarcie, przegrał i starcie numer trzy.

Mistrzowie straty odrabiali. Ale mniejsze

W latach 2009 i 2008 finały miały dramatyczny - a przy okazji bardzo podobny - przebieg. Po złoto sięgały ekipy, które musiały odrabiać straty, ale późniejsi mistrzowie nie przegrywali różnicą dwóch spotkań.

W roku 2009, pierwszym, w którym Vive prowadził Bogdan Wenta, kielczanie przegrywali z Wisłą 0-1 i 1-2. Ekipie z Kielc udało się jednak wygrać mecz numer cztery na niezwykle gorącym terenie legendarnej "Blaszak Areny", a potem w dramatycznym piątym meczu, podczas którego na kilkanaście minut zabrakło prądu w Hali Legionów, wyszarpać złote medale.

Rok wcześniej podobną - jak to się czasem określa z hiszpańska - remontadę zanotowali z kolei płocczanie. Wisła przegrywała już z Zagłębiem Lubin 0-1 oraz 1-2, by ostatecznie w całej serii zwyciężyć 3-2.

Raz było bardzo, bardzo blisko...

Najwięcej analogii z tegorocznym finałem można chyba dostrzec w rywalizacji o złoto w roku 2007. Wtedy Wisła dwa pierwsze mecze grała na wyjeździe - w Lubinie - i oba wyraźnie przegrała. A potem nastąpiło coś, czego życzyłby sobie pamiętający tamte mecze sprzed dziewięciu lat Marcin Wichary i w tym sezonie: dwie wygrane Wisły na własnym parkiecie.

O tytule decydował więc mecz numer pięć, który okazał się jednym z najbardziej niesamowitych ligowych spektakli w XXI wieku. Po 60 minutach - remis; po dogrywce - również; po dwóch dogrywkach - takoż. O tytule mistrza Polski decydowały więc rzuty karne, a w nich skuteczniejsi okazali się gospodarze. Decydującą siódemkę wykorzystał skrzydłowy Zagłębia, Bartłomiej Tomczak.

Liczby nie kłamią. Siedem na siedem

Dwie pierwsze edycje naszej ligi kończone play-offami takich emocji nie dostarczyły. W 2005 i 2006 roku Wisła Płock sięgała po tytuł pokonując drużyny z Dolnego Śląska; kolejno Zagłębie Lubin (3-0) i Chrobrego Głogów (3-1). Dla naszych wyliczeń istotny jest fakt, że w serii Wisła - Chrobry po dwóch pierwszych meczach mieliśmy remis 1-1.

Podsumowując: Zagłebie jedenaście lat temu było pierwszym zespołem, który rozpoczął finał od dwóch przegranych. W kolejnych sezonach mieliśmy z taką sytuacją do czynienia jeszcze sześciokrotnie, z czego aż cztery razy - w ostatnich czterech finałach.

Pozostając przy tym arytmetycznym ujęciu problemu, pozwólmy przemówić liczbom. Od momentu wprowadzenia systemu play-off wielki finał siedem razy zaczynał się od stanu 2-0. I zawsze, ale to zawsze, zespół, który prowadził 2-0 sięgał po tytuł.

- Chcemy wygrać mecz numer pięć w Kielcach - mówi Marcin Wichary. Jasne, to wciąż dalece bardziej realne niż trafienie szóstki w totolotka. Ale zarazem bez porównania mniej prawdopodobne niż skończenie sezonu z tytułem wicemistrzów...

Trzeci i ewentualny czwarty mecz finału PGNiG Superligi:

mecz 3.
Orlen Wisła Płock - Vive Tauron Kielce, sobota 14 maja, 17.00, Polsat Sport

mecz 4.
Orlen Wisła Płock - Vive Tauron Kielce, niedziela 15 maja, 17.00, Polsat Sport

Szymon Rojek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze