Vinales przebojem wdarł się do mistrzostw świata w 2011 roku. Wygrał już swój czwarty wyścig w cyklu Grand Prix, francuską rundę na torze Le Mans, a dwa lata później widowiskowo sięgnął po tytuł w kategorii Moto3. Przez Moto2 przeszedł jak burza, wygrywając już w swoim drugim starcie w tej kategorii i rok temu awansując do MotoGP w barwach fabrycznej ekipy wracającego do walki Suzuki. Znów imponował na każdym kroku, a w miniony weekend kolejny raz przeszedł samego siebie. Na maszynie dużo mniej konkurencyjnej niż Yamahy, Hondy i Ducati, Vinales utrzymał za sobą znacznie bardziej doświadczonego kolegę z ekipy, Aleixa Espargaro, i sięgnął po swoje pierwsze podium w królewskiej kategorii. Symbolicznie dokonał tego na torze Le Mans, na którym pięć lat wcześniej wywalczył jako 16-latek swoje pierwsze zwycięstwo.

 

Oczywiście w sięgnięciu po podium Hiszpanowi pomógł fakt, że do mety nie dojechało aż ośmiu zawodników, a wywrotki zaliczyła cała trójka jadąca przed nim; Andrea Iannone, Andrea Dovizioso i Marc Marquez, zostawiając na czele tylko fabryczny duet Yamahy. Także Dani Pedrosa tym razem po starcie z jedenastego pola nie miał szans na walkę o pudło, choć finiszował niedaleko za Vinalesem.

 

W normalnych okolicznościach szanse Suzuki na finisze w pierwszej trójce są jednak dużo mniejsze. Choć Japończycy zrobili w tym roku spore postępy, to jednak nadal nie są na poziomie konkurencji. Brakuje im niewiele, ale odrobienie tych ostatnich dziesiątych sekundy w świecie sportów motorowych jest zawsze najtrudniejsze.

 

I tutaj pojawia się problem. To Suzuki dało Vinalesowi szansę debiutu w MotoGP, za co młody Hiszpan jest marce z Hamamatsu wyjątkowo wdzięczny. 21-latek marzy o tym, aby zostać kolejnym Kevinem Schwantzem, legendą MotoGP, która w 1993 roku wywalczyła dla Suzuki tytuł w kategorii 500. „Mack”, którego nie było wtedy jeszcze na świecie, nie zna z pewnością kulisów tamtej rywalizacji. Suzuki, nawet gdy tytuły zdobywali Schwantz i Kenny Roberts Junior w 1999 roku, było dużo mniej konkurencyjne i mniej doinwestowane niż maszyny konkurencji.

 

Co więcej, Schwantzowi „pomógł” fatalny upadek Wayne'a Raineya z Misano. Robertsowi potężny dzwon Micka Doohana z Jerez. Mało kto ma wątpliwości, jak zakończyłyby się losy tamtych pojedynków, gdyby nie te dwa dramatyczne wypadki, które Raineya i Doohana kosztowały zdrowie.

 

Suzuki zdaje sobie sprawę, że ma w swoich rękach prawdziwy diament, dlatego zamiast miliona euro – jak w tym roku – za przedłużenie kontraktu proponuje Vinalesowi podobno aż pięć. Finanse nie są pod tym względem jednak najważniejsze.

 

Maverick na szczęście swoją decyzję podejmie nie tylko sercem, ale i rozumem. A ten będzie mu potrzebny, aby uświadomić sobie, jak wielka stanęła przed nim szansa. Po odejściu Jorge Lorenzo do Ducati, z fabrycznym zespole Yamahy zwalania się miejsce, dla którego – jak mówi Valentino Rossi – większość zawodników dałaby sobie obciąć palec. Zresztą Pol Espargaro z ekipy Tech 3 jest gotowy do fabrycznego teamu przejść nawet za darmo i zrezygnować z siedmiocyfrowej pensji, jaką otrzymuje w tym roku.

 

Yamaha proponuje Vinalesowi co prawda nieco mniej niż Suzuki, podobno tylko cztery miliony euro, ale daje za to motocykl, który jest pewniakiem. Jeśli „Mack” rzeczywiście jest tak dobry jak nam się wydaje, powinien na M1-ce z miejsca walczyć o zwycięstwa i tytuł. On sam jest absolutnie pewien, że jest równie dobry, jak dwukrotny mistrz MotoGP, Marc Marquez, z którym jak równy z równym ścigał się w regionalnych zawodach w okolicach Barcelony kilkanaście lat temu.

 

Sęk w tym, że w Yamasze młody Hiszpan nie może liczyć na status numeru jeden w ekipie i będzie musiał pogodzić się z jazdą w cieniu Rossiego. To właśnie to sprawiło, że z zespołu ucieka do Ducati – mimo bycia aktualnym mistrzem świata – Lorenzo.

 

Nic nie jest tak proste, jak się wydaje i wygląda na to, że Vinalesowi nie jest też łatwo wyplątać się z obwarowanych klauzulami kontraktów z Suzuki i osobistym sponsorem, Red Bullem. Za kulisami było tak gorąco, że Hiszpan rozstał się nawet ze swoim dotychczasowym menedżerem, szanowanym Akim Ajo, który załatwił mu dwa lata temu kontakt z Suzuki, a Australijczykowi Jackowi Millerowi sensacyjny awans z Moto3 prosto pod skrzydła Hondy w MotoGP.

 

Yamaha zaczęła też chyba tracić cierpliwość, bo we Francji niczym bomba huknęła plotka, że u boku Rossiego wyląduje jednak Dani Pedrosa, obecnie jeżdżący w fabrycznym zespole Hondy. Jeśli „Mack” zdecyduje się zostać w Suzuki, to dla Yamahy faktycznie realny plan B. Aż trudno jednak uwierzyć, że Vinales nie zdecyduje się na zmianę barw. W końcu jeśli teraz odrzuci ofertę Yamahy, za dwa lata może nie otrzymać kolejnej i kompletnie zmarnować swoją karierę, jeśli Suzuki rzeczywiście nie zaskoczy tak, jak w 1993 roku...