Karolina Owczarz: Przyjechał Pan do Polski w roli organizatora, aby zaprezentować trasę Rajdu Dakar 2017. Jest to jednak dla Pana nowa rola. Przede wszystkim jest Pan legendarnym sportowcem. Jednak sport to dla Pana nie tylko praca, ale znacznie więcej.


Marc Coma: Rzeczywiście całe moje życie obraca się wokół Dakaru i motorów. W Rajdzie Dakar zwyciężyłem pięć razy, a do tego sześciokrotnie byłem mistrzem świata. To otworzyło mi wiele drzwi. Dzięki temu zostałem też dyrektorem sportowym Rajdu Dakar. To świetna możliwość, aby odwdzięczyć się Dakarowi za wszystko, co dla mnie zrobił. Mam oczywiście mnóstwo pracy, ale sprawia mi to ogromną radość.


Motocyklistą jest Pan od dziecka. W Pana domu zawsze był jakiś motocykl.


Tak. Powtarzamy, że w domu oddychaliśmy paliwem. Mój tata oraz wujkowie jeździli od zawsze. Co prawda nie robili tego zawodowo, ale zaszczepili we mnie miłość do motocykli. Już jako dziecko zrozumiałem, że rajdy są tym, czym chcę się w życiu zajmować.


Pochodzi Pan z Avii. To małe miasteczko nieopodal Barcelony. Tam też znajduje się wyjątkowa farma, która podobno jest rajem dla motocyklistów?


To prawda. Miałem idealne warunki do treningu. Miałem wszystko, czego potrzeba do nauki. To pomogło, aby mój poziom w jeżdżeniu motocyklem podnosił się z roku na rok.


Kiedy po raz pierwszy wsiadł Pan na motor, myślał Pan, że zostanie legendą?


Na pewno nie. Największym marzeniem był sam występ na Dakarze. Jednak nawet w najpiękniejszych snach przez myśl mi nie przeszło, że zwyciężę tam pięć razy. Mam za sobą mnóstwo pracy, ale mam też powody do dumy.


Rywalizował Pan przez wiele lat, aż przyszedł 2002 rok. Jak Pan wspomina swój pierwszy Dakar?


Wyjazd na pierwszy Dakar był małym, pełnym przygód, projektem. Pojechałem tam pełen chęci i motywacji, ale nasze środki były wówczas naprawdę niewielkie. Miałem jednak możliwość pokazać potencjał, jaki we mnie drzemie. Dzięki temu dołączyłem do dużej, ważnej ekipy. Od tego czasu wszystko było już łatwiejsze.


W Hiszpanii są bogate tradycje w tzw. road racingu. Są też wielcy mistrzowie jak Jorge Lorenzo, Marc Marquez, czy Angel Nieto, którzy odnoszą, czy odnosili sukcesy w Moto GP. Dlaczego Pan zdecydował się na off-road?


W naszym kraju są bogate tradycje dla sportów motorowych w każdej odsłonie. A dlaczego ja wybrałem off-road? To proste. Pochodzę z małej wioski, można powiedzieć na końcu świata. Kiedy tylko wsiadasz tam na motocykl, znajdujesz się bezdrożu.


Dakar to bez wątpienia najtrudniejszy rajd świata. Co dzieje się w głowie zawodnika, który jest sam na sam z motocyklem, na środku pustyni?


Kiedy jesteś sam, na środku pustyni i towarzyszą ci tylko motocykl i podręczne rzeczy, to nie ma o czym myśleć. Człowiek czuje się wtedy naprawdę malutki. Problemy, które z pozoru wydają się nie mieć znaczenia, mogą tam urosnąć do ogromnej rangi. Dlatego trzeba mieć dla pustyni dużo szacunku. Trzeba być nieustannie skoncentrowanym, gotowym na wszystko i podejmować decyzje w ułamku sekundy. Dla mnie słowo klucz, to szacunek dla pustyni.  


Są chwile zwątpienia?


Oczywiście, że są chwile zwątpienia, trudne momenty. Człowiek często się zastanawia: co ja właściwie tutaj robię? Jednak za każdym razem, kiedy tylko pokonujesz te przeszkody, masz ogromną satysfakcje. To jest piękne i właśnie tego w tym szukam. To po prostu dobra okazja do pokonywania przeciwieństw losu.


Oczywiście każdy Dakar to inna historia, ale pamięta Pan, która edycja Dakaru była najcięższa?


Wszystkie są ciężkie. Nie było jeszcze łatwego Dakaru. Oczywiście najtrudniejsze są chwile, kiedy trzeba zmagać się z jakimiś urazami. Chociażby w 2013 roku nie mogłem wystartować z powodu kontuzji barku, co było bardzo ciężkie. To jednak przecież część gry. W historii każdego sportowca są dobre i złe momenty.