Drużyna z Florydy już we wtorek, do tego przed własną publicznością, mogła zapewnić sobie drugie z rzędu prawo gry o Puchar Stanleya. Rok temu w wielkim finale uległa 2-4 Chicago Blackhawks. Tymczasem od początku niepodzielnie panowali gracze "Pingwinów". Po dwóch tercjach prowadzili 3:0, a imponująco też wyglądała statystyka strzałów: 26-11 na korzyść gości.

 

W 19. minucie Phil Kessel zgarnął krążek z góry i wepchnął go do siatki. Ekipa Penguins grała wówczas w podwójnej przewadze, tzw. pięciu na trzech. W 28. wynik podwyższył Kris Letang, zaś na 25 sekund przed zakończeniem drugiej odsłony po indywidualnej akcji trzecie trafienie zanotował Sidney Crosby.

 

Przyjemnie było mieć trzybramkową przewagę, ale wiedzieliśmy, że rywale nie będą rezygnować. Nie chcieliśmy tylko czekać na to, co się wydarzy, ale Tampa ma bardzo dobry zespół. Następnym razem nie możemy dopuścić do takiej sytuacji - powiedział zawodnik "Pingwinów" Chris Kunitz.

 

W ostatniej tercji nastąpił szturm hokeistów Tampa Bay Lightning. Oddali 20 strzałów (przeciwnicy 8), a dwa z nich znalazły drogę do bramki. Autorem obydwu był Brian Boyle w 46. (Kessel niefortunnie przeciął podanie i skierował krążek do własnej siatki) i 53. minucie. Ostatnie słowo należało jednak do gości. W 58. minucie rezultat na 4:2 poprawił Bryan Rust, który po szybkim wyjściu z własnej połowy w sytuacji sam na sam pokonał Andrieja Wasilewskiego, a na 54 sekund przed końcową syreną ustalił Nick Bonino.

 

Być może wtorkowe spotkanie ułożyłoby się inaczej dla miejscowych hokeistów, gdyby zaliczony został gol w 6. minucie Jonathana Drouina. Okazało się, że był jednak na spalonym. Drużyna Lightning po Puchar Stanleya sięgnęła tylko w 2004 roku, zaś Penguins trzy razy - w 1991, 1992 i 2009 roku.