Sytuacja nie była łatwa - w poniedziałek ze względu na intensywne opady odwołano wszystkie spotkania. Do takiej sytuacji doszło po raz pierwszy od 16 lat. Dzień później próbowano nadrabiać opóźnienie, mimo że warunki nadal nie były korzystne. Niektóre z meczów były przerywane kilkakrotnie, korty były mokre i śliskie, a piłki ciężkie.

 

Część zawodników nie ukrywała zdenerwowania. Złe, że musiały grać w takich warunkach, były m.in. rozstawiona z numerem drugim Agnieszka Radwańska i Rumunka Simona Halep (6.). Obie prowadziły w swoich spotkaniach 1/8 finału, które rozpoczęły się w niedzielę, ale we wtorek nie były w stanie sprostać przeciwniczkom i trudnym warunkom.

 

"Jestem zaskoczona i zła, że musiałyśmy grać w takim deszczu. To nie jest impreza z pulą nagród 10 tysięcy tylko Wielki Szlem. Nie wiem, kto do tego dopuścił. Nie sądzę, żeby przejmowali się tym, co myślimy. Przejmują się raczej innymi sprawami. Kilka lat temu miałam operację ręki i gra takimi piłkami, jakie dziś były na takim korcie jest dla mnie po prostu niemożliwością. Ręka zawsze będzie bolała przy takich warunkach. Piłka się robi bardzo ciężka. Obciążenie jest praktycznie trzy razy większe niż zwykle. Z tym nie będzie lepiej" - podkreśliła krakowianka.

 

W podobnym tonie wypowiadała się Halep. Jej zdaniem toczenie tenisowych pojedynków w deszczu to przesada, a warunki nie nadawały się do gry.

 

"Sytuacja była taka sama dla każdego i tak naprawdę ten, kto był silniejszy, ten wygrywał. W moim odczuciu nikt nie przejmował się opinią zawodników. Tak naprawdę nie obchodzi mnie, że dziś przegrałam, ale byłam bliska doznania kontuzji pleców, a to już duży problem. Bolą mnie teraz plecy, odezwał się też Achilles. Może bali się, że dni uciekają, a mecze nie są rozgrywane, ale to przecież nie nasza wina" - argumentowała Rumunka.

 

O kłopotach zdrowotnych wspominał także w środę Roberto Bautista Agut, który tego dnia dokończył przerwany dzień wcześniej mecz z Serbem Novakiem Djokovicem. Hiszpanowi, który nie zdołał sprawić niespodzianki i wyeliminować liderka rankingu ATP, we znaki dał się łokieć.

"Rozumiem punkt widzenia organizatorów, ale zmusili nas do grania w tych warunkach przez dwie godziny. Z drugiej strony trzeba potrafić grać w każdych warunkach" - dodał Bautista Agut.

 

Djokovic starał się nie opowiadać zdecydowanie za żadną ze stron, choć we wtorek, gdy czekał na wznowienie meczu, był wyraźnie spięty. By nieco się rozluźnić wyszedł nawet na kort z parasolką i przechadzał się - ku uciesze kibiców - po korcie, podskakując od czasu do czasu.

 

"Pamiętam, że na początku kariery miałem spotkanie na Wimbledonie, które trwało pięć dni. To z Roberto w Paryżu jest drugie pod względem długości. Powód ten sam - deszcz. Nie mamy wpływu na pogodę - możemy tylko czekać i się modlić. We wtorek warunki były na pograniczu. Mój mecz był przerywany trzy razy. Nie jest łatwo, gdy przyjeżdżasz o godz. 9 rano, a opuszczasz kompleks o godz. 20. To duża próba wytrzymałości psychicznej. Ale rozumiem zdenerwowanie niektórych graczy, ale musimy się z tym po prostu pogodzić. Ale to nie pierwszy i pewnie też nie ostatni raz, gdy musimy zmierzyć się z czymś takim. To sytuacja trudna nie tylko dla nas, ale i dla kibiców, którzy zapłacili za bilety, a wkrótce musieli wracać do domu. Priorytetem powinno być jednak zdrowie zawodników" - zaznaczył Djokovic.

 

Nie wszyscy jednak we wtorek podeszli do sprawy z takim humorem jak on. Austriak Dominic Thiem, Belg David Goffin i Łotysz Ernests Gulbis w pewnym momencie zeszli z kortu, wbrew zaleceniom supervisorów, którzy nalegali, by kontynuowali grę.

 

Marcin Matkowski, którego mecz ćwierćfinałowy debla został przerwany we wtorek, przyznał, że zawodnicy nie mają żadnego formalnego wpływu na decyzję o tym, czy spotkanie toczące się w trudnych warunkach będzie kontynuowane, czy też nie. Zdaniem Łukasza Kubota tenisiści musieliby solidarnie zaprotestować, by ich głos został uwzględniony.

 

"Jeśli korty nie nadają się do gry, to nie powinno się wychodzić. Tym bardziej, że jest to jeden z największych turniejów na świecie. Wszyscy powinni razem zaprotestować, bo teraz to jak to się mówi - po wojnie każdy generał jest mądry" - podsumował polski deblista.

 

Organizatorzy muszą sobie radzić obecnie nie tylko z krytyką zawodników, ale i kibiców. Osoby, które kupiły wejściówki na wtorkowe mecze na korcie centralnym, nie otrzymały zwrotu pieniędzy. Dostałyby je, gdyby gra toczyła się nie dłużej niż godzinę i 59 minut. Wznawiana kilkakrotnie rywalizacja trwała zaledwie kilka minut dłużej.

 

Decyzji próbował bronić w wydanym w środowe popołudnie oświadczeniu dyrektor imprezy Guy Forget. Były francuski tenisista zaznaczył, że organizatorzy mieli jak najlepsze intencje, a o przerwaniu lub wznowieniu meczów decyduje wyłącznie turniejowy sędzia Stefa Fransson.

 

"W poniedziałek odwołaliśmy wszystkie spotkania, bo wiedzieliśmy, że nie ma szans, by zacząć grać. Wczoraj jednak mieliśmy na to nadzieję, gdyż prognozy pogody wskazywały, że jest szansa, iż deszcz ustanie. Tak naprawdę w naszym interesie byłoby, by przerwać grę przed upływem godziny i 59 minut, bo wówczas za zwrot pieniędzy za bilety odpowiedzialny byłby nasz ubezpieczyciel. To nie to było jednak podstawą naszej decyzji. Naszym celem było grać tak długo, jak to tylko możliwe, nawet jeśli spotka nas za to ze strony niektórych krytyka. Rozumiem frustrację i złość osób, które nie otrzymały zwrotu pieniędzy, ale czy możemy zmieniać reguły w trakcie gry?" - pytał w komunikacie Forget.

 

Jak dodał, wszyscy zdają sobie sprawę, że obecne warunki pogodowe we Francji są bardzo nietypowe. "Ostatni raz coś takiego odnotowano w 1973 roku. Środa była kluczowa dla losu reszty turnieju i planu gier na kolejne dni. Skupmy się ponownie na tenisie" - zaapelował dyrektor French Open.