Finały NBA: Warriors grają, Cavaliers podziwiają

Koszykówka
Finały NBA: Warriors grają, Cavaliers podziwiają
fot. Ezra Show PAP/EPA

Żyjemy w czasach memów. Na pierwszym z nich trener Cavaliers Tyronn Lue trzyma wśród koszykarzy trenerską tablicę z napisem: “Gracie jak śmieciarze”. Na drugim, mający łzy w oczach LeBron James ma włożone w rękę zdjęcie z czasów, kiedy grał w Miami Heat. Po tak druzgocących porażkach mistrzów Konferencji Wschodniej, jak w dwóch pierwszych meczach finałów NBA z Golden State Warriors, niczego innego nie można się było spodziewać.

A oto kilka luźnych wniosków po tym, co działo się w Oracle Arena.

Green = Superstar

Draymond Green, kluczowy gracz Golden State Warriors jest w pierwszych meczach finałów koszykarzem, na którego nikt w Cavaliers nie potrafi znaleźć recepty. Tyronn Lue ustawił swoją drużynę wiedząc, że Green jest jednym z najlepszych obrońców Warriors, ale nie ma się co przejmować jego skutecznością rzutową, skoro głowa boli od pilnowania Stepha Curry oraz Klay’a Thompsona. Green, który w serii przeciwko Oklahoma City na równi walczył ze swoimi emocjami, co z koszykarzami Thunder, odpowiedział na taktykę Cavs 28 punktami, siedmioma zbiórkami i pięcioma asystami - będąc na najlepszym graczem na parkiecie. Jeśli Green utrzyma taki poziom, rezultat finałów jest już rozstrzygnięty, bo Golden State Warriors z dobrze grającą trójką Curry, Thompson, Green są drużyną nie do pokonania.

Warriors – Cavs: historyczne lanie na początek

Pierwsze dwa mecze finałów NBA z Cleveland Cavaliers, Golden State Warriors wygrali 104-98 oraz 110-77. Czyli w sumie różnicą 48 punktów. Takiego startu nie miała żadna drużyna w historii trwających od 1950 roku finałów National Basketball Association.

Podziękowania dla Oklahomy?

Nawet kiedy nie wpadają rzuty (jak w pierwszym meczu finałów) Thompsonowi czy Curry, Golden State i tak gra bardzo dobrze. Zdaniem samych koszykarzy Warriors, spora w tym zasługa rywali z Oklahoma  City. Kiedy Cavaliers przechodzili przez Konferencję Wschodnią spacerkiem, odpoczywając wiecej niż grając, Warriors walczyli o życie z Thunder.

- Nie ma wątpliwości, że seria z Oklahoma City zrobiła z nas lepszy zespół - mówi trener Warriors, Steve Kerr. - Wygraliśmy z ogromnym trudem, to nie była zabawa. Teraz ciągle wykorzystujemy wszystko, czego się nauczyliśmy grając i wygrywając trzy kolejne mecze  z Thunder - dodaje szkoleniowiec. Żeby poradzić sobie z Thunder, każdy z koszykarzy Golden State musiał grać na swoim najwyższym poziomie. Dziś procentuje to formą właśnie Greena czy bohatera pierwszego meczu finałów - Shauna Livingstone'a.

LeBron: ostatnia nadzieja Cavs?

Dwukronie w historii finałów NBA, LeBron James grał w zespole, który po dwóch pierwszych meczach przegrywał 0-2. W 2007 roku, grając w Cavaliers przeciwko San Antonio, skończyło  się na brutalnym 4-0 dla Spurs. Rok później Boston Celtics potrzebowali siedmiu meczów, by pokonać Cleveland.

- Musimy szczerze ze sobą porozmawiać o tym, jak możemy grać lepiej. Wszyscy musimy być lepsi. Zawsze biorę odpowiedzialność na siebie. Teraz też – powiedział na pomeczowej konferencji prasowej James, który nie ukrywał, że chce jak najszybciej wyjechać z Oakland. 19 punktów, 9 asyst, osiem zbiórek w drugim meczu finałów to statystyki więcej niż przyzwoite – ale nie dla kogoś, kto nosi w NBA przydomek “Król”. 

Dodajmy do tego SIEDEM straconych piłek (11 w obu meczach), tylko 38 procentową  skuteczność z gry i – dla mnie najbardziej szokującą liczbę - tylko ośmiu rzutów osobistych i LeBron wygląda przeciętnie. W finałach 2015, nawet pomimo przegranej serii z Warriors, James był moim MVP, kończąc drugi mecz z dorobkiem 39 punktów, 16 zbiórek i 11 asyst. Pytanie - czy w tym roku, nawet grający jak MVP James coś zmieni? Coraz mniej piszących o NBA (w tym niżej podpisany, który stawiał na zwycięstwo Cavaliers) w to wierzy.

Przemek Garczarczyk, USA

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze