Miasto Hammamet, w którym w styczniu 2016 roku Willis pokonał dwóch zawodników, nie jest rajem na ziemi (choć turyści głoszą odmienną opinię). Świat jest tak skonstruowany, że większość tenisistów musi przebyć marszrutę wiodącą przez korty odarte z cywilizacyjnego zgiełku. Bywają tacy grajkowie jak przeuroczy Egipcjanin  Mohamed Safwat, który nasączony brytyjskim poczuciem humoru twierdzi, że ma najlepszy forhend na świecie. Mohamed jest rówieśnikiem Marcusa Willisa, seryjnie odbija piłki w Sharm El Sheikh i rzadko znajduje rywala godnego siebie. Coś na ten temat wie Kamil Majchrzak, który przegrał w Safwatem w finale futuresa w Kairze w styczniu 2015 roku. „Nie ma ziewania” – uśmiecha się Mohamed, który w styczniu tego roku wygrał dwa futuresy w Egipcie i zainkasował za każde zwycięstwo 1440 dolarów amerykańskich. W Sharm El Sheikh futuresy rozgrywane są dość często, nie rzadziej niż  dyliżans kursujący przez amerykańskie bezdroża w komiksach Papcio Chmiela. Żyć nie umierać. Futuresy mają swoisty klimat, w którym dominuje improwizacja, ale zdarzają się również historie, które przerażają co bardziej wrażliwych graczy. Bywa, że „wyjdzie” linia, Egipcjanin czy Tunezyjczyk wzywa pana kortowego, który akurat wtedy parzy kawę, przegląda poranną prasę i nie ma ochoty ruszyć się z fotela, czas płynie, a kibice podżegali sędziego, aby wznowił grę na nieprzygotowanym korcie. „Zagraj z duchem, skoro brakuje ci gracza” albo „Nie oszukuj, był wyraźny aut”, „Idź do okulisty, pacanie”… Nie trzeba gnać do Afryki, aby otrzeć się o klimaty tenisowego undergroundu. Wystarczy wybrać się na futuresa na Podskarbińską w Warszawie. Cyrki jakie dzieją się przy ocenie piłki (autowa czy dobra) i obelżywy język zawodników czy trenerów nikogo nie dziwi, bo takie zachowania wrosły w kanon tego szczebla rozgrywek. Jeśli brakuje zdrowia, szczęścia, chęci i pieniążków, można mieszkać w tym zamkniętym kręgu po wsze czasy… A jeżeli jest się Marcusem Willisem, można czmychnąć choćby na sekund kilka i zagrać z Rogerem Federerem na korcie centralnym Wimbledonu…

 

On jest jak Jamie Vardy

 

Jamie Vardy, zodiakalny Koziorożec, napastnik Leicester City i piłkarskiej reprezentacji Anglii, wie, że życie nie składa się z samych obowiązków. Czasami warto odfrunąć… Mama Marcusa Willisa – Cathy, pani nauczycielka z Wokingham, wie, że jej ukochany synek to człowiek, który woli imprezować aniżeli trenować czop bekhendowy na korcie. I w sumie trudno go za to winić, bo nie każdy musi być Samprasem czy Nadalem. „Często powtarzałam Marcusowi: stać cię na dobry wynik, byłeś piętnasty na świecie wśród juniorów. Musiał się wyszumieć, widzę, że trochę wydoroślał, potrzebował tąpnięcia i przełomu. Jego dziewczyna przemówiła mu do rozsądku. Przyznajcie: mój syn to Jamie Vardy tenisa, nieprawdaż? Mój syn lubi dobrze się zabawić” – wyznaje szczerze jak na spowiedzi Cathy Willis. Mama zawsze kocha synka i często przymyka oko na rozmaite akcje w korytarzu deblowym… Też kiedyś była młoda…

 

Jamie Vardy też kiedyś błyszczał w barwach Halifax Town i strzelał bramki jak na zawołanie, ale pub wydawał mu się równie cudowny jak piłkarska murawa… Wygrywał plebiscyty na piłkarza roku, poprawiał rekord Ruuda van Nistelrooya, ale kochał zabawę. Gdy Jamie uganiał się za piłką w Sheffield, dostawał 30 funtów tygodniowo, lecz nie przejmował się finansami. Marcus Willis udziela lekcji tenisa i pobiera 30 funtów za godzinę pracując w Warwick Boat Club. „Jestem wyrozumiała dla swojego dziecka. Nie miałabym mu za złe, gdyby wybrał zawód śmieciarza. Ważne, aby był szczęśliwy. Mam nadzieję, że przykład mojego syna zainspiruje wielu innych tenisistów. Może dzięki Marcusowi uwierzą, że warto marzyć o karierze i grze na centralnym korcie Wimbledonu?” – zastanawia się Cathy Willis.

 

Lata przebywania w tenisowej poczekalni i nagle życie funduje możliwość oglądania występu syna z boksu dla zawodników na najbardziej świętym korcie Wimbledonu…

 

„Jenny, dziewczyna Marcusa, poinformowała mnie wczoraj, że mamy bilety do boksu przeznaczonego dla najbliższych. Przyjdzie mój mąż James, na mecz wybiera się rodzeństwo Marcusa: brat Joe i siostra Chloe. Będziemy śledzeni przez kamery telewizyjne, więc muszę się wyszykować. Założę okulary przeciwsłoneczne, postaram się mieć pogodne oblicze. Nie chcę, aby mówiono w całej Anglii, że robię coś niestosownego…” – wyznaje Cathy, szczęśliwa mama.

 

Gdyby nie szalona przygoda na kortach Wimbledonu, w środę Marcus uczyłby brzdące w kameralnym Warwick Boat Club… Jak twierdzi z przekąsem sam Marcus: żyję jak pączek w maśle mieszkając z rodzicami… „On nie zmywa naczyń, bywa niechlujny, nie lubi sprzątać, ale to nie jest zły chłopak. Jak każdy chłopak w tym wieku, podchodzi i nieśmiało pyta: mamo, a pomożesz mi z tym albo z tamtym? To urocze. Jest miłym i pogodnym człowiekiem, lubi żartować. W szkole nigdy nie było z nim problemów. A poza tym, umie prasować koszule. Wie jak uruchomić pralkę. Sprawdzę tylko jak to mama, czy ma ładnie uprasowaną koszulę na mecz z Federerem… Z tego co wiem, otrzymał nowe, eleganckie szaty. Nie ma mowy o szarych skarpetkach!” – mówi troskliwa Cathy.

 

Cathy Willis opuści próbę chóru, w którym śpiewa od lat. Próby chóru o szyldzie A440 w Reading, odbywają się w każdy środowy wieczór. Ma fantastyczną wymówkę: jej syn zagra z Rogerem Federerem w drugiej rundzie Wimbledonu. Tata James Willis (księgowy) przed laty chadzał na stadion Smallmead, na którym ścigali się żużlowcy Reading Racers… Cathy oglądała mecz Marcusa z byłym nr 1 wśród juniorów: Ricardasem Berankisem. „Przed meczem z Litwinem, syn powiedział do mnie: mamo, atmosfera na kortach Wimbledonu jest fantastyczna, mam nadzieję, że nie zawiodę ciebie i kumpli i nie przegram z kretesem. Odpowiedziałam mu: nie bądź śmieszny, sam fakt, że grasz w turnieju głównym to wyjątkowe uczucie. Byłabym tak samo dumna z niego, gdyby przegrał mecz z Berankisem…” – wyznaje mama Cathy.

 

Uścisk dłoni Gorana Ivanisevicia

 

Roger Federer, siedmiokrotny mistrz Wimbledonu w singlu, nigdy nie przegrał meczu z tak nisko notowanym graczem jak Marcus Willis. Szwajcarski maestro przegrał z 249 rakietą świata – Sergi Bruguerą w Barcelonie w 2000 roku… To jedyna porażka Rogera w profesjonalnym tourze z zawodnikiem spoza drugiej setki… A Willis zajmuje 772 miejsce w rankingu. Jeżeli wirtuoz tenisa wygra Wimbledon, będzie najstarszym zawodnikiem, który w Open Era (erze profesjonalnego tenisa) dokonał tej sztuki. 34 lata i 366 dni… A co stałoby się, gdyby Wimbledon wygrał Willis…? To graniczy z cudem, ale pewnie Pat Cash znów zaangażowałby Dominica Inglota, aby zagrał w filmie „Wimbledon, część II”… Roger góruje w każdym elemencie nad Willisem. Szwajcar ma w kolekcji tytuł mistrza Wimbledonu w kategorii juniorów, a Marcus dwukrotnie osiągnął trzecią rundę juniorskiego Wimbledonu. W 2007 roku przegrał z Gastao Eliasem, a rok później z Bernardem Tomiciem. Co nie zmienia faktu, że w 2008 roku Marcus Willis był piętnastym juniorem na świecie… W 2016 roku, aby móc walczyć w kwalifikacjach, Marcus musiał wygrać play-offy. Bez straty seta pokonał Luke’a Bambridge’a, Jonny’ego O’Mara i Joe Salisbury. „Mam już tytuł zdobyty na kortach trawiastych. Wygrałem futuresa w 2013 roku. Pokonałem wtedy w finale Neila Pauffleya” – śmieje się Marcus.

 

Chlebem powszednim dla Willisa była gra w lidze niemieckiej i francuskiej. W środowy wieczór, po drugiej stronie sieci stanie najwybitniejszy tenisista w historii, który ma w dorobku 17 tytułów Wielkiego Szlema. Totalny surreal…

 

Przepięknie zachował się Roger Federer, który wyznał, że „tenis potrzebuje takich niezwykłych historii, bo to o wiele bardziej intrygujące niż tytuły Djokovicia, wspaniała gra Murraya czy powrót Nadala. To niewiarygodne. Ktoś kto przybywa znikąd… Piękne. Widziałem jak Marcus gra. Pokonać w trzech setach zawodnika takiego kalibru jak Berankis to wielka rzecz. Marcus potrafi grać, a poza tym preferuje styl serve & volley, a ja uwielbiam zawodników, którzy grają ofensywnie i odnoszą się do klasyki” – wyznał Federer, który swój pierwszy wimbledoński tytuł zdobył w 2003 roku.

 

Willis szanuje Rogera i uważa Federera za żywą legendę tenisa, ale idolem Marcusa jest człowiek, który pochodzi ze Splitu, cztery razy grał w finale Wimbledonu i sięgnął po tytuł w 2001 roku: Goran Ivanisević. „To dzieje się tak szybko. W drodze na konferencję prasową, pierwszą na Wimbledonie, podszedł do mnie Goran, mój bohater i uścisnął mi dłoń. Pewnie dzisiaj siedziałbym w USA i pracował w Philadelphia, gdybym nie spotkał zacnej dentystki, Jennifer Bate. W lutym chciałem pakować manatki i zwijać żagle. Miałem żyć w USA. Jennifer powiedziała, że jestem idiotą jeśli zamierzam zrezygnować z tenisa. Zrobiłem tak jak sobie życzyła: postanowiłem jeszcze raz spróbować. Kiedyś mówiono na mnie Cartman, bo przypominałem postać z serialu South Park. Byłem ociężały, miałem wyraźną nadwagę, brakowało mi zwinności. To już przeszłość” – mówi Marcus.

 

Ricardas Berankis nie wiedział jakie działo wytoczyć przeciwko Brytyjczykowi. Marcus korzystał ze slajsa, zmieniał tempo gry, posyłał znakomite woleje. Willis od dziecka marzył o występie na centralnym korcie Wimbledonu. Wygrana nad Litwinem otworzyła przed nim wrota do sławy. „Prawdopodobnie przegram z Federerem, ale dam z siebie wszystko, tak jak w poprzednich siedmiu spotkaniach. Przed laty brytyjska federacja odesłała mnie do domu z Australian Open, bo zachowywałem się niegodziwie, ale czasy juniorskie już nie wrócą” – zapewnia Marcus.

 

To znany przypadek Willisa, który spóźnił się na autobus wożący tenisistów na korty treningowe. Kiedy Marcus dotarł już na korty w Melbourne Park, spostrzegł, że zapomniał rakiet… To przelało czarę goryczy oficjeli, którzy stwierdzili, że przyniósł wstyd Brytyjczykom. Poleciał na Wyspy pierwszym samolotem, aby Albion nie okrył się hańbą…

 

„Byłem utalentowanym juniorem. Nie wiedziałem, że trzeba ciężko pracować, aby coś osiągnąć w sporcie. Mówiono mi, że mam ogromny talent. Zderzyłem się z realnym światem. Przegrywałem mecze na futuresach w Rumunii, straciłem pewność siebie. Przestałem wierzyć w sens uprawiania sportu. Zbłądziłem. Wiarę odzyskałem przed trzema laty kiedy zaopiekował się mną trener Matt Smith. Wstawaliśmy o barbarzyńskich godzinach, biegałem do upadłego, nosem rysowałem o ziemię. Dziś wiem, że było warto. Andy Murray napisał, że to wielka sprawa i będzie oglądał mój mecz z Rogerem. Dobrze spałem, bo byłem wyczerpany po meczu z Berankisem. Śniły mi się babcie, które trenuję w klubie Warwick. Zagram z Federerem. Nie we śnie, ale na korcie centralnym Wimbledonu” – uśmiecha się Marcus, który 9 października skończy 26 lat. Nigdy nie jest za późno na marzenia…