Kiedy 22 listopada 1986 roku nokautował Trevora Berbicka  odbierając mu pas WBC, w polskich mediach już wiedziano kim jest Tyson, choć jego walk nie można było jeszcze w naszym kraju obejrzeć. W tym samym roku Andrzej Gołota został w Kopenhadze mistrzem Europy juniorów. Kiedy po powrocie pytałem go, czy kiedyś w przyszłości chciałby zmierzyć się z Tysonem uznał, że to kiepski żart. Taki scenariusz po prostu nie mieścił mu się w głowie. Ale życie jednak go napisało. W październiku 2000 roku, w Auburn Hills pod Detroit doszło do takiego pojedynku, który zakończył się niesławną ucieczką Gołoty z ringu.

 

Pierwsze walki Mike’a Tysona miałem okazję komentować dopiero w połowie lat 90-tych. To był już inny Mike od tego, który straszył świat dekadę wcześniej. Tamten budził przerażenie, wchodził do ringu i nokautował jednego po drugim. I gdyby w lutym 1990 roku w Tokio sędzia Octavio Meyran nie liczył  Jamesa „Bustera” Douglasa w ósmym starciu tak długo, to nie mielibyśmy wielkiej sensacji. Ale stało się inaczej, to Tyson został znokautowany w 10 rundzie.

 

Dla „Bestii” zaczynał się wtedy fatalny okres w jego życiu,  kilkanaście miesięcy później trafił na trzy lata do więzienia. Kiedy wyszedł na wolność był już innym człowiekiem, ale wciąż elektryzował świat, wciąż straszył rywali, choć już nie wszystkich.

 

Jego pierwszy pojedynek z Evanderem Holyfieldem, w listopadzie 1996 roku,  komentowałem ze studia w Warszawie.  Tyson został poddany w 11 rundzie przez Mitcha Halperna. Drugi, w czerwcu 1997 roku, wspólnie z Przemkiem Saletą, już spod ringu w MGM Grand Garden Arena w Las Vegas. Tworzyliśmy historię, to była pierwsza relacja dla polskiej telewizji z „Miasta Hazardu”.

 

Walka była dramatyczna i krótka. Tyson nie wytrzymał presji i fauli rywala. Odgryzł mu kawałek ucha i został zdyskwalifikowany. A nieco później, już w ogromnym, hotelowym kasynie doszło do paniki, gdy jeden z gości wyciągnął pistolet i oddał strzał. Oficjalna wersja mówi wprawdzie, że strzelił korek od szampana, ale urodzony na Jamajce bokser wagi ciężkiej, Everton Davis, kolega Przemka, zarzekał się, że było inaczej. Stał ponoć obok tego, który strzelał.

 

Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo to był prawdziwy Armagedon. Leżeliśmy z Przemkiem, pod jedną z maszyn do gier hazardowych, a nad nami przetaczały się tłumy uciekających nie wiedzieć gdzie ludzi. Ktoś miał zawał, kilkuset innych doznało obrażeń, straty kasyna liczono w dziesiątkach milionów dolarów. Ale z odgryzionym uchem Holyfielda nie mogło się to równać, poniedziałkowe nagłówki gazet informowały tylko o kolejnej przegranej Tysona i wielkim skandalu.

 

Trzy lata później, pod Detroit, skandalistą był Gołota, który zrezygnował z walki z „Bestią” po drugiej rundzie. Nigdy nie zapomnę widoku, który ujrzałem wychodząc z pustej już hali w której komentowałem ten niecodzienny pojedynek. Andrzej szybkim krokiem właśnie opuszczał The Palace, był z nim Ziggy Rozalski i ich żony.

 

A z tyłu, w odległości kilkunastu metrów, z nisko zwieszoną głową, szedł wolno samotny Tyson. Wyglądał na przegranego, zmęczonego boksem i życiem. Nie pojawił się wtedy na konferencji prasowej (podobnie jak Gołota), przekazał tylko wiadomość, że kończy karierę, ale słowa nie dotrzymał.

 

Na jego ostatnią wielką walkę, z Lennoksem Lewisem w Memphis (2002) nie dotarłem, choć miałem akredytację, zarezerwowany przelot i hotel, bo zmogła mnie choroba.

 

Tyson nie był już tam godnym rywalem dla Lewisa, został znokautowany w ósmej rundzie i wyglądał na zadowolonego, że to już koniec.

Kiedyś w znakomitym wywiadzie dla „Playboya” Mike Tyson powiedział, że nie dożyje czterdziestki. Na szczęście się pomylił. I daje sobie jakoś w życiu radę. STO LAT MIKE !!!