Można się rozpływać w komplementach pod adresem olsztynianki. Prezes UFC Dana White piał po walce z zachwytu nad Joanną, stwierdził dosłownie: „Jest najlepszą zawodniczką na tej ziemi w rywalizacji cios za cios. Jej instynkt zabójczyni jest niewiarygodny. Gdy zauważy, że rywalka jest zraniona albo zmęczona, jeszcze bardziej dokręca śrubę”.

Nic dodać, nic ująć. Nie sposób się nie zgodzić z Whitem. Ja bym poszedł w tych pochwałach nawet dalej niż on. Twierdzę, że Jędrzejczyk – gdyby się zdecydowała na ringowe występy – byłaby też mistrzynią świata w boksie. Ta dziewczyna jest urodzona do walki.

Joanna panuje od 14 marca 2015 roku, nie straciła tytułu w wadze słomkowej od 481 dni. W tym czasie w drugiej wadze w UFC (koguciej) tytuł przechodził z rąk do rąk. W listopadzie Ronda Rousey została znokautowana przez Holly Holm. Holm w pierwszej obronie padła przed Mieshą Tate. A ta wchodziła do następnej walki w klatce w rytm piosenki „.. because I am a champion”, aby kilka minut później „ponieważ jestem mistrzynią” śpiewała Amanda Nunes, która udusiła Tate.

Wróżę, że Joanna Jędrzejczyk jeszcze długo będzie rządzić w MMA i śpiewać „...because I am a champion”.