Maciej Turski:Jak się czujesz w Atlancie? Były jakieś problemy z aklimatyzacją?

Damian Grabowski: Generalnie wszystko jest ok, ale największym problemem jest hotelowa klimatyzacja. Na dworze temperatura jest bardzo wysoka, a w hotelu kilkanaście stopni. Z aklimatyzacją nie było większego problemu, dość szybko zacząłem sypiać całe noce. Tylko ta klimatyzacja...

W Atlancie powalczy także Karolina Kowalkiewicz. Gdzieś w hotelowych korytarzach mieliście okazję się spotkać?

Oczywiście, mieszka piętro niżej, więc siłą rzeczy musimy się widzieć. Karolina, podobnie jak ja, narzeka na klimatyzację w hotelu, ale na walkę czeka z dużym spokojem i zapewnia, że jest w świetnej dyspozycji. Słowo o przeszłości.

 

Z perspektywy czasu zmieniłbyś coś w przygotowaniach do Derricka Lewisa? Wiesz już co nie zagrało?

Wiele razy już powtarzałem, że te przygotowanie były naprawdę kiepskie, a dodatkowo miałem sporo spraw pozasportowych do załatwienia. Treningi zbiegły się w czasie z otwarciem mojego klubu fitness. Z tym wiązało się sporo kłopotów, dostawcy nie zawsze wywiązywali się ze swoich obowiązków i terminów, a ja wszystkim się potwornie stresowałem. Nie było również odpowiedniej diety, byłem za lekki,ale waga spadała pewnie także ze stresu. Teraz wszystko wyglądało kompletnie inaczej. Ważę w okolicach 116 kilogramów, trenowałem z prawdziwymi ciężkimi np. Michałem Wlazło czy wielokrotnym mistrzem Ukrainy w zapasach. Jestem naprawdę zadowolony.

Po ostatniej walce sporo narzekałeś na brak ciężkich w Polsce.

Nie narzekałem, tylko stwierdziłem fakt. Generalnie w Polsce jest niewielu ciężkich, jedni się lubią, inni nieco mniej i nie każdy chce ze sobą trenować. Dodatkowo z niektórymi zawodnikami możesz się kiedyś zmierzyć, więc ja staram się dobierać partnerów treningowych dość skrupulatnie. Trenuję z ludźmi, których lubię, z którymi lubię spędzać czas, a dodatkowo mają odpowiednie umiejętności. Tym razem udało się zorganizować takich zawodników u siebie w klubie i także wyjeżdżałem na mini obozy do innych teamów.

Sporo osób sugerowało wyjazd za granicę, ale z tym wiążą się dodatkowe koszty i w innych klubach raczej dostosowujesz się do innych zawodników, a nie oni pod Ciebie...

Chyba nie mam nic do dodania. Wielu fanów MMA wypowiada się na forach, komentuje, a nie do końca mają z tym sportem coś wspólnego i nie mają pojęcia jak to funkcjonuje. Myślę, że wcale treningi w Stanach Zjednoczonych nie dadzą mi więcej niż odpowiedni cykl przygotowawczy w Polsce. Tam jesteś piątym kołem u wozu, jesteś osobą pomagającą ich klubowym liderom, a na miejscu wszystko jest dostosowane pode mnie. Doświadczyłem tego w AKA (red. American Kickboxing Academy, klub w Stanach Zjednoczonych) trenując z Cainem Velasquezem i Danielem Cormierem. Miałem ułożony jakiś plan na walkę, ale tam praktycznie nie miałem okazji nad nim popracować. Wchodziłem na rundę, dwie z najlepszymi zawodnikami i przecież nie powiem do Caina w trakcie jego przygotowań, żebyśmy popracowali nad moją taktyką. Tam jesteś gościem, a w Polsce można ten okres spożytkować znacznie mądrzej w otoczeniu odpowiednich osób.

Wspomniałeś wcześniej o kilogramach. Niska waga była jednym z Twoich mankamentów podczas debiutu w UFC z Derrickiem Lewisem, ale teraz nad tym nieco popracowałeś.

Lewis był kilkanaście kilogramów cięższy ode mnie i dało się to odczuć. Znajdując się w parterze nie mogłem się nawet ruszyć. Teraz musiałem nad tym popracować, zmodyfikowałem swoją dietę i ważę sporo więcej. W Stanach Zjednoczonych zawodnicy w kategorii ciężkiej to są naturalnie ogromni ludzie, genetyczni ciężcy. Oni nie muszą budować sztucznie swojej wagi, a ja musiałem jakoś do nich dobić. Moim zdaniem walkę życia stoczyłem z Gluhovem, kiedy ważyłem około 115 kilogramów, więc mam nadzieję, że teraz będzie podobnie.

Anthony Hamilton, Twój najbliższy rywal, nie daje zbyt efektownych walk, a jego styl walki doskonale oddaje pseudonim "Freight Train", czyli po prostu "Pociąg Towarowy".

Ja też nie jestem wirtuozem techniki i nie daję najpiękniejszych walk. Niektórzy twierdzą, że nie jestem widowiskowy, ale skuteczny i coś w tym chyba jest. Liczy się końcowy efekt, a walka wcale nie musi się podobać. Oglądałem jego ostatnią walkę z Shamilem Abdurakhimovem, kiedy Rosjanin dość łatwo wkładał mu sporo podbródkowych, a to również moja mocna broń. Jak znajdziemy się pod siatką też mam pewien plan. Jeśli wytrzymam presję i wygram grę nerwów, to moja ręka będzie w górze. No i oczywiście jeśli jakiś katar przez klimatyzację się nie zaplącze albo jakieś inne dziadostwo...

Jak z perspektywy czasu patrzysz na porażkę z Lewisem i jego obecne wyczyny w kategorii ciężkiej, zwycięstwa z Gabrielem Gonzagą oraz Royem Nelsonem, to porażka boli nieco mniej?

Nie traktuję tej walki w kategoriach porażki, tylko nauczki. Patrząc na całą moją karierę, zawsze przegrywałem z zawodnikami bardzo dobrymi - Cole Konrad, Marcin Tybura i właśnie Derrick Lewis. Po walce z Lewisem doszedłem do wniosku, że o zwycięstwie zadecydowała po prostu brutalna siła, chęć zwycięstwa i jego doświadczenie z atmosferą UFC. Wszedłem do klatki w wielkim mieście jak mały kurczaczek... Fani w Polsce są przyzwyczajeni do ciągłych zwycięstw Mameda Chalidowa, a w UFC mierzysz się z najlepszymi na świecie i porażki się po prostu zdarzają. To jest po prostu sport.

Pozbyłeś się już kompleksów, które towarzyszyły Ci przy pierwszej walce w UFC?

Przed walką miałem naprawdę długą przerwę, aż szesnaście miesięcy i mam wrażenie, że troszeczkę mnie to wywróciło z odpowiedniego toru. Jak masz walki często to utrzymujesz odpowiedni rytm, a w walce z Lewisem czułem się jak debiutant. Nie szukam żadnych wymówek, bo Amerykanin w tamtym momencie był po prostu zawodnikiem ode mnie lepszym.

Wszyscy polscy zawodnicy po debiutach w UFC mówią, że otoczka wydarzenia jest zupełnie nowym doświadczeniem. Myślisz, że przy drugiej walce nie będziesz miał już tego problemu?

Wydaję mi się, że powinno być znacznie łatwiej. Całkiem inaczej jestem przygotowany psychicznie do walki, moje ciało kompletnie inaczej reaguje. Wtedy czułem się jak zagubiony chłopak w dużym mieście, a teraz czuję się jak u siebie.

Sukcesy polskich zawodników chyba są dodatkową motywacją i pokazują, że w UFC można wiele osiągnąć. Joanna Jędrzejczyk jest mistrzynią, Krzysztof Jotko z czterema zwycięstwami z rzędu, a Daniel Omielańczuk ma na swoim koncie trzy wygrane z rzędu.

W UFC sporo też zależy od matchmakingu. Możesz przecież mierzyć się z zawodnikami lepszymi i gorszymi. Nie bije się każdy z każdym, ja mogę bić się z panem X, a ktoś z panem Y. Ale takie sukcesy na pewno napędzają. Jestem już naprawdę doświadczonym zawodnikiem, a teraz biorę przykład z moich młodszych kolegów i koleżanek. Oni kiedyś podpatrywali moje walki, a teraz role się odwróciły.

Siedzi w Twojej głowie myśl, że druga porażka może dość brutalnie zakończyć przygodę z UFC?

Kompletnie w taki sposób do tego nie podchodzę. Moim planem od początku było zawalczenie w największych organizacjach na świecie i to już zrobiłem. Wystąpiłem na galach Bellatora, walczyłem dla M-1, a teraz bije się dla UFC. Zdaję sobie sprawę, że to jest sport i wszystko może się wydarzyć. Najwyżej zmieniłbym pracodawcę, ale na razie takiego scenariusza nie zakładam i mocno wierzę w zwycięstwo.

Wizualizowałeś już w głowie walkę z Hamiltonem?

Tak i mam nadzieję, że zgarnę 50 tysięcy za nokaut wieczoru.