Bo w igrzyskach coraz mniej igrzysk. Mało już bezinteresownego poświęcenia, heroicznej walki, prawdziwych herosów, za to coraz więcej marketingu, blagierstwa, cynizmu i propagandy. Sport to już nie start, meta, a po drodze epicka rywalizacja. Sport obecnie to przelewy na miliony dolarów, tuszowane wyniki badań, niejasne powiązania, wysyłane pocztą medale, etc. Grzechy sportu, którego esencją powinny być właśnie igrzyska, to nie tylko rosyjski skandal dopingowy, z którym - mimo wykluczeń - tak naprawdę sobie nie poradzono. Największe zło to ustawiający się w drugim szeregu beneficjenci sportowego wysiłku, dla których zawody są tak naprawdę pretekstem do ich geszeftów. Spójrzmy na liczby. Międzynarodowy Komitet Olimpijski chwali się wynoszącą 874 mln dolarów rezerwą, działaczy stać więc na to, by wyznaczyć sobie dzienną dietę na poziomie 900 dolarów. Dla wielu sportowców z biednych zakątków świata, którzy poświęcili cztery lata na przygotowania, to nawet nie miesięczne wynagrodzenie ich potu i łez.

 

Kontrowersji w związku z Rio 2016 nie brakuje od początku. Dyskusyjną sprawą jest już samo powierzenie organizacji Brazylii. Choć w 2009 r., kiedy dokonano wyboru, kraj te szalał na szczytach wzrostu gospodarczego, można było przewidzieć, że dwie największe sportowe imprezy globu rozgrywane w ciągu dwóch lat mogą stać się ciężarem nie do uniesienia. Piłkarski mundial Brazylia przetrwała, teraz nie dość, że popadła w ekonomiczny chaos, a budżet igrzysk został ścięty do rozmiarów minimalnych, targają nią niepokoje polityczne. Łatwo mówić teraz, kiedy recesja pogrąża kolejne kraje, ale wystarczyło przecież wsłuchać się w głos samych Brazylijczyków, którzy od początku manifestowali niechęć do igrzysk, obecnie zaledwie 16 proc. z nich mówi o imprezie z entuzjazmem, połowy w ogóle to nie obchodzi.

 

Patrząc, jak z chęci organizacji wycofują się kolejne kraje (zimowych igrzysk nie chciała nawet Skandynawia) wygląda na to, że igrzyska staną się rozrywką dla obrzydliwie bogatych lub dla reżimów chcących potwierdzać swoją supremację. Będą niosły za sobą widoki spolaryzowanego świata – blichtru i zadęcia, który organizatorów igrzysk cechuje, oraz wykluczonych, którzy największą cenę za tę rozrywkę płacą.

 

Rio de Janeiro - podobnie jak Pekin czy Soczi - również jest miastem kontrastów, mieszającej się z luksusem biedy, dobra i zła. Tak samo igrzyska będą rywalizacją dla sportowców dwóch prędkości. Wielkich mocarstw, które poprzez medalowe żniwo zechcą potwierdzać swoją dominacje, i tych maluczkich, którym jako nielicznym przyświeca jeszcze coubertinowska idea olimpizmu. Niby miejsce, gdzie wszyscy są równi, a jednak arena, która daje przewagę zasobnym i sprytnym.

 

Ci, którzy przybyli do Brazylii w roli kibiców czy korespondentów, twierdzą, że mimo trawiących sport problemów, wielu wątpliwości, jakie wywołuje rozpoczynająca się w piątek impreza, olimpijskie koła wciąż wywołują dreszcz emocji, wcale nie kojarzą się ze wszystkim, co najgorsze. Nawet, kiedy wioska olimpijska jest prowizorką, nie starannie wypielęgnowanym rajem dla sportowców, a oni sami muszą mopami czyścić pokoje, by nie przykleić się do brudnych powierzchni.

 

Kiedy rozpocznie się rywalizacja, wszelkie uchybienia dla 10,5 tys. herosów z 206 krajów pozostaną bez znaczenia, będzie można zapomnieć nawet o tym, że rywale oszukują, działacze sportem kupczą, a politycy wykorzystują do niecnej propagandy. W naiwności wierzę, że najbliższe dni w Rio de Janeiro są więc szansą, by wyciągnąć sport z ciemności. Jeśli wezmą się za to wszyscy, naczelne idee zdrowej rywalizacji zostaną choć śladowo przywrócono. Pytanie, ilu ludziom nie wyobrażającym sobie życia bez sportu naprawdę na tym zależy.