W niedzielę Polak uległ Gillesowi Muellerowi z Luksemburga 7:5, 1:6, 6:7 (10-12).

 

„Było bardzo blisko. Walczyłem z całych sił. Bardzo mi zależało na tym występie. Ciężki okres za mną. Lekarze nie dawali mi wielkich szans na powrót do tenisa. Udało mi się pozbierać. Gilles był zdecydowanym faworytem tego meczu. Nie tylko jest ograny, ale jest także bardzo dobrym tenisistą. Cieszę się chociażby z tego, że udało mi się zagrać dobre spotkanie” – ocenił Janowicz.

 

Tym bardziej, że mecz nie należał ani do łatwych, ani krótkich.

 

„Graliśmy na wysokim poziomie, warunki były bardzo trudne, bo silnie wiało. Musieliśmy utrzymywać koncentrację przy każdej piłce. Byłem blisko, ale nie wystarczyło. Nie mogę sobie nic zarzucić w tie-breaku. Rywal miał troszkę więcej szczęścia ode mnie” - ocenił.

 

Ważne dla niego jest jednak, że w końcu wrócił na kort i potrafił nawiązać walkę.

 

„Czułem się naprawdę fajnie. Zabrakło odrobiny szczęścia. Trzeci set był na wysokim poziomie, z obu stron. Cały czas nakładaliśmy na siebie presję. Szczególnie z jednej strony – jak grało się z wiatrem. Tam, gdzie było pod wiatr, było znacznie trudniej utrzymać serwis. Ciężki mecz mentalnie, bo wiedzieliśmy, że każde przełamanie jest na wagę złota” - dodał.

 

Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuł także bólu.

 

„Ale jak się nie gra grubo ponad siedem miesięcy, bo nie zaliczam wyjazdu do Australii jako turnieju, który powinienem grać, to pierwszy mecz po takim czasie jest trudny. Zwłaszcza jak trwa ponad dwie i pół godziny. Boli mnie wszystko” – przyznał łodzianin.

 

Teraz Polak wróci do Europy, gdzie chce zagrać w jednym z turniejów i będzie przygotowywał się do wielkoszlemowego US Open w Nowym Jorku.