Taki scenariusz był jednak możliwy, choć obaj rywale naszych pięściarzy byli w ich zasięgu. Co więcej, przy nieco przychylniejszym spojrzeniu sędziów na ringowe poczynania Jabłońskiego, jego awans do kolejnej rundy nie byłby wielce krzywdzący dla Australijczyka Daniela Jasona Lewisa.

 

Pierwszą rundę powinien bez dwóch zdań wygrać u wszystkich sędziów Polak. Atakował zdecydowanie, choć schematycznie i nie ukrywam, komentując ten pojedynek, że byłem zdziwiony, gdy jeden z sędziów wypunktował wygraną Lewisa.

 

Drugie starcie też było wyrównane, ale widać było coraz więcej mankamentów w boksie Jabłońskiego. Za krótki lewy prosty, brak ciosów na korpus, atak w jednej linii. No i brak skuteczności. Australijczyk bił na korpus i trafiał, ale raz jeszcze powtórzę, że i w tym starciu można było wskazać na polskiego wicemistrza Europy.

 

W trzeciej rundzie została ambicja, która wciąż niosła go w ataku, ale to nie był ten Jabłoński jakiego miałem nadzieję zobaczyć w Rio. Mimo wszystko po cichu liczyłem, że będzie miał szczęście i to jego rękę sędzia podniesie do góry. Stało się inaczej. Głosami 2:1 wygrał Australijczyk i to on zmierzy się teraz z Uzbekiem Bektemirem Melikuzijewem, srebrnym medalistą ubiegłorocznych MŚ w Dausze, rozstawionym tu z nr 2. „Jedynką” jest główny faworyt, Kubańczyk Arlen Lopez, aktualny mistrz świata.

 

A przecież rywalem Uzbeka z równym powodzeniem mógł być Jabłoński. I przy jego możliwościach motorycznych, szybkości i kondycji, byłby w stanie toczyć równe walki z najlepszymi, gdyby tylko nie był tak schematyczny, a przez to łatwy do rozszyfrowania.

 

Można mieć tylko nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone, ale pod warunkiem, że trafi na szkoleniowców, którzy potrafią te atuty wykorzystać.

 

W dużej mierze dotyczy to również Igora Jakubowskiego, choć tu problem jest poważniejszy. Takich drągali jak Brytyjczyk Lawrence Okolie jest w wadze ciężkiej (91 kg) jest coraz więcej, a Polak ma przecież przeciętne warunki i musi wynikającą z tego przewagę rywali neutralizować szybkością i dynamiką. Tyle, że w boksie trudno o dynamiczne, zdecydowane akcje bez mocnej psychiki. I koło się zamyka. Jakubowskiemu przydałby się dobry trener – psycholog, który potrafi wyciągnąć z zawodnika, to co najlepsze.

 

Dla Polaków igrzyska w Rio już się skończyły, dla innych tak naprawdę dopiero się zaczynają. Sam fakt, że Jabłoński i Jakubowski się na nie zakwalifikowali jest oczywiście sukcesem, bo cztery lata temu w Londynie nie było żadnego Polaka w męskim turnieju olimpijskim, ale to nie oznacza, że problemu nie ma. Jest i to duży. Może więc i lepiej, że nie został przykryty przypadkowym sukcesem, który zaciemniałby obraz i byłby ponad stan kondycji polskiego boksu.