Usain Bolt dokładnie za tydzień skończy 30 lat. Skończy je nazajutrz po ostatniej olimpijskiej konkurencji, w której wystartuje. Sztafetą 4x100 m chce bowiem zakończyć przygodę, która zmieniła się w poważny rozdział historii. Przygodę niby banalną, ale bez precedensu. Oto chłopak, który na co dzień ma w sobie niewiele z gwiazdy, a znacznie więcej z wyluzowanego jamajskiego ziomka, na co dzień kibic Manchesteru United i fan PlayStation, po prostu polubił biegać. A że biega szybko, bo jeszcze nikt z miliardów ludzi, którzy przychodzili wiekami na świat, nie pokonał 100 m w 9,58 s., to uczynił z tego kolejną fajną zabawę. Zabawę, która prawdopodobnie mu się znudziła i postanowił położyć jej kres.

 

Jedynym, który może zmienić nieuchronny bieg historii jest Justin Gatlin. Cztery lata starszy amerykański robocop, któremu już tak łatwo matki nie oddałyby dziecka pod opiekę, gdyby ten zechciał nagle zostać po godzinach babysitter. Jeśli Bolt rzeczywiście jest sprinterskim bogiem, to Gatlina spokojnie można uznać za wcielenie szatana. Podwójny dopingowicz, biegający siłowo, zwalista góra mięśni, która mknie po bieżni niczym pociąg taranujący wszystkie przeszkody.

 

Umówmy się, Gatlina na światowych arenach nie powinna już być. Jego przebiegłość, właściwie nie jego, a doradzających mu prawników, pozwoliła uniknąć sankcji ostatecznej, która należy się po powtórnej wpadce. I choć kibicom akceptacja Gatlina nie przychodzi z łatwością, ten nic nie robi sobie z gwizdów, jakie często słyszy.

 

Widząc dwie tak skrajne postaci kibic nie ma wątpliwości. Boiltowi należy się szacunek, Gatlinowi potępienie, a przynajmniej daje on powody, by w ogóle go nie cenić. Jest jednak jedno „ale”. To Amerykanin w tym sezonie ma lepszy czas (9,80 s. do 9.88 s.), to jego nie trapiła żadna kontuzja, to on wreszcie może, a Bolt musi. Bo historia rozlicza z osobowości, ale przede wszystkim z wyników. W sporcie, jak w żadnej innej dyscyplinie sportu, z herosa łatwo stać się nieudacznikiem. Jamajczyk coś o tym wie, kiedy popełnił falstart, nie zdobył w 2011 r. mistrzostwa świata i nie popełnił kolejnego rekordu globu. Wie też, że jeśli ktokolwiek nie leży mu w ostatnich latach, to właśnie Gatlin, z którym przegrał mityng Diamentowej Ligi w Rzymie w 2013 r.

 

Ale Bolt wie również, jak z Gatlinem wygrywać. Zrobił to w zeszłym sezonie na mistrzostwach świata w Pekinie, kiedy znalazł się pod największą presją, a Gatlin imponował formą. Podobnie było dwa lata wcześniej podczas mistrzostw w Moskwie i w 2012 r. na igrzyskach w Londynie.

 

Gatlin, jak każde wcielone sportowe zło, największy sprinterski dopingowy bohater po legendarnym Benie Johnsonie, ma obsesję na punkcie Bolta. Mówi o nim bez przerwy, za cel życia stawia sobie pokonanie go w kluczowej imprezie. W dodatku wciąż nie odkupił swoich win w oczach fanów. Jeśli inni kajali się po wpadkach, on dotąd nie wydusił z siebie słowa „przepraszam”.

 

Bolt wie, jak trudno radzi sobie faworyt, ale pozostaje niezmiennie - bierze wszystko na luzie. Mimo że powodów, by oczekiwać triumfu jest wiele. Jeśli Bolt skończy igrzyska w Rio z trzema złotymi medalami, wyprzedzi Amerykanina Raya Ewry’ego, który w latach 1900-1908 zdobył w lekkoatletyce osiem złotych medali. Drugi w tej klasyfikacji jest na razie Carl Lewis, który ma siedem olimpijskich triumfów.

 

Rywalami obu bohaterów finału powinni być Jimmy Vicaut, Nickel Ashmade, Akani Simbine, Marvin Bracy, Kim Collins, Trayvon Brommel, Yohan Blake i Andre de Grasse. Wszyscy w finale nie wystartują, któraś z gwiazd przepadnie w rozgrywanych wcześniej trzech seriach półfinałowych. Na pewno nie będzie to ani Bolt, ani Gatlin.