Kometka jakiej nie znamy

Inne
Kometka jakiej nie znamy
fot. PAP

Robert Mateusiak, na swoich piątych igrzyskach, znów był o krok od medalu. W parze z Nadieżdą Ziembą raz jeszcze odpadli w ćwierćfinale.

W Polsce badminton najbardziej kojarzy się z plażową kometką. Ale sportowe wydanie tej dyscypliny i sukcesy najczęściej związane są z Azjatami, to zupełnie inna bajka. To oni są królami badmintona, to oni zarabiają miliony i w swoich krajach pełnią rolę sportowych ikon. W Europie rządzą Duńczycy, dużym szacunkiem badmintoniści cieszą się też na Wyspach Brytyjskich.

 

Kiedy pod koniec lat 70 –tych rodził się w Polsce sportowy badminton nikt nawet nie marzył o grze na takim poziomie jaki od  dawna fundują kibicom tej dyscypliny Mateusiak i Zięba (z domu Kostiuczk), a wcześniej męski debel Mateusiak – Michał Łogosz.

 

Pamiętam doskonale te czasy, bo pisałem o badmintonie chyba najwięcej w Polsce i sam amatorsko grałem. Byłem na pierwszym meczu reprezentacji z Węgrami w Wołominie, jeszcze przed utworzeniem krajowego związku, i jeszcze dziś mam przed oczami bekhendowe ataki Wiesława Świątczaka.

 

Później nastał czas wielce utalentowanej Bożeny Wojtkowskiej, która gdyby urodziła się dekadę później, być może walczyłaby o olimpijskie medale. Ale i tak na początku lat 90 – tych była klasyfikowana w parze z Jerzym Dołhanem na szóstym miejscu w międzynarodowym rankingu. Do Polski, jeszcze za panowania rządzących związkiem Andrzeja Szalewicza i Jadwigi Ślawskiej zaczęli przyjeżdżać trenerzy z Azji, pojawiła się Klaudia Majorowa i tak rozpoczęła się pogoń, najpierw za Europą, a później za badmintonowym światem. To były czasy, gdy Międzynarodowe Mistrzostwa Polski na warszawskiej Merze były wielkim świętem usianym kwiatami, a mecz z Chińczykami w Pałacu Kultury budził powszechną sensację.

 

Niestety badminton się w Polsce nie przebił przez inne dyscypliny, zbyt mało go w telewizji, a szkoda, bo to gra wyjątkowo atrakcyjna. Ci, którzy oglądali w Rio, na żywo, mecze polskiego miksta, gorąco to potwierdzają.

 

Mateusiak w parze z Ziębą, mimo długiej przerwy, to wciąż światowa klasa. Wyszli tu z „grupy śmierci”, ograli znakomitych Chińczyków, wicemistrzów olimpijskich z Londynu, by w ćwierćfinale przegrać z dobrze sobie znanym mikstem z Malezji, Peng Soon Chanem i Li Ying Goh. I choć wydawało się, że awans do półfinału jest realny, nie dali rady, byli słabsi. – Mam już 40 lat i zwyczajnie zabrakło zdrowia, zapłaciliśmy za poprzednie zwycięstwa – mówił zasmucony Mateusiak, dla którego prawdopodobnie to już ostatnie igrzyska. 

 

A ja na to patrzę inaczej, choć rozumiem naszego badmintonistę i jego zawiedzione nadzieje. Dla mnie, który pamięta początki tej dyscypliny w Polsce ich ćwierćfinał, to kolejny wielki sukces, podobnie jak te poprzednie, olimpijskie ćwierćfinały z Nadią w Pekinie i Londynie, ćwierćfinał w parze z Łogoszem w Pekinie i liczne medale mistrzostw Europy, w tym ten złoty w mikście z Nadzieżdą Ziębą sprzed czterech lat. Sukcesy o których kiedyś nawet nie marzyliśmy. Szkoda tylko, że tak mało ludzi to docenia.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze