Legia ma jednak w tym roku coś, czego brakowało jej w ostatnich latach, kiedy za każdym razem walczyła o Ligę Mistrzów, a mianowicie szczęście. W 2013 roku w ostatniej fazie eliminacji mistrzowie Polski mierzyli się ze Steauą Bukareszt. Było blisko, 1:1 na wyjeździe i 2:2 u siebie. Można powiedzieć, że zabrakło czasu, z resztą rumuński zespół to uznana marka i wiadomo było, że będzie faworytem. Tamtą porażkę można było wybaczyć, mimo że wynik nie do końca odzwierciedla przebieg dwumeczu.

 

Potem przyszedł pamiętny sezon 2014/2015. Mistrz Polski szedł jak burza, 6:1 w dwumeczu z Saint Patrick's, mistrzem Irlandii, oraz taki sam rezultat w ciągu 180 minut starcia z Celtikiem Glasgow. Wszystko szło perfekcyjnie, aż tu nagle dramat. Wszystko za sprawą Bartosza Bereszyńskiego, który nie był uprawniony do gry z powodu czerwonej kartki otrzymanej… w poprzednim sezonie. Co gorsza jego występ trwał chwilę, około pięciu minut, i te pięć minut przesądziło o porażce Legii. UEFA zdecydowała się ukarać Polaków walkowerem 0:3 i tym samym mistrz Polski znowu musiał obejść się smakiem.

 

Teraz droga nie jest tak wyboista. Najpierw był mistrz Bośni i Hercegowiny i w miarę pewne zwycięstwo. Potem słowacki AS Trencin, który postawił twarde warunki, ale dwumecz minimalnie przegrał. Niezwykle szczęśliwe losowanie dało Legii niesamowitą szansę - szansę o nazwie Dundalk FC. Mistrz Irlandii wyeliminował faworyzowane BATE Borysów, ale i tak porażka z nim będzie dla "Wojskowych" katastrofą. Ostatnio wyliczono nawet, że skład irlandzkiej ekipy jest aż o 300 tys. euro tańszy od samego Michała Kucharczyka! Dlatego o przegranej nie ma nawet co mówić. Legia już nie ”może”, Legia po prostu ”musi”. Innej opcji nie ma!

 

Nie ma drużyny…

 

Na takie stwierdzenie pokusiłby się zapewne każdy fan futbolu w Polsce po zobaczeniu pierwszych spotkań Legii w tym sezonie. Besnik Hasi zapowiadał przed sezonem, że chce aby jego zespół grał ofensywnie, długo operował piłką. Nic bardziej mylnego. Po pierwszych meczach Legii najlepszymi zawodnikami są… bramkarz Arkadiusz Malarz oraz obrońca Michał Pazdan.

 

Czasami patrząc na warszawską drużynę wydaje się, że każdy gra na własny rachunek. Nie ma zgrania, ciężko dostrzec jedną dobrą, poukładaną i przemyślaną akcję. Wszystko na "hura", a może wpadnie! Trener Hasi co chwila mówi, że dobra gra przyjdzie z czasem, ale tego czasu już nie ma. Jak zauważył Malarz po meczu z Górnikiem Łęczna, Legii wszystko "odjeżdża". Przegrali Superpuchar, odpadli z Pucharu Polski, liga im ucieka. Wszystko dotychczas tłumaczono Ligą Mistrzów, ale to już marna wymówka.

 

Niko, nie odchodź!

 

Prawdziwy dramat może dopiero nadejść. Mowa tu oczywiście o ewentualnym odejściu Nemanji Nikolica. Węgrem interesuje się kilka europejskich zespołów, mówiło się nawet o FC Porto. 28-latek to jak na razie "mąż opatrznościowy" Legii. Widać to zwłaszcza w eliminacjach LM, w których Nikolić zdobył cztery, czyli wszystkie bramki Legii Warszawa.

 

Bez niego będzie katastrofa to pewne. W fatalnej formie jest Kasper Hamalainen. Fin miał być liderem drużyny, a po kilku miesiącach w Warszawie wydaje się, że Legia, kupując go z Lecha Poznań, chciała tylko utrzeć nosa "Kolejorzowi". Większość jego występów to wejścia z ławki. Zresztą nawet kiedy już gra, to jest nieobecny, snuje się po boisku. Zaledwie jedna bramka od początku sezonu to fatalna wizytówka. Nie lepiej radzi sobie Aleksandar Prijovic, który może "pochwalić się" podobnymi statystykami co Fin. Szwajcar jest chyba jednak słabszy technicznie.

 

Problemów jest więcej

 

Zresztą brak drugiego strzelca to nie jedyny problem kadrowy Hasiego. Tomasz Jodłowiec, który miał rządzić w środku pola, chyba nie wrócił jeszcze z Euro 2016. Piłkarz będący płucami zespołu w poprzednim sezonie teraz nie łapie się do podstawowej jedenastki. Zresztą defensywni pomocnicy w Legii nie są problemem. Do zespołu wreszcie przebił się młody Michał Kopczyński. Do drużyny dołączył też były zawodnik m.in. Norwich City Vadis Odjidja-Ofoe, ale on musi na razie zgubić kilka kilogramów by myśleć o grze.

 

Problem jest gdzie indziej. Brakuje piłkarza, który grałby przed nimi, klasycznej ”10”. Zawodnika przypominającego Mirosława Radovica, czy nawet Ondreja Dudę z początków jego przygody z Legią. Kreatywnego i co najważniejsze dysponującego ostatnim podaniem. Ani Hamalainen, ani Prijovic tych kryteriów na razie nie spełniają. Dobrze zapowiadała się gra Guilherme, niestety Brazylijczyk leczy kontuzję. Inną sprawą są również skrzydła. Bez urazy dla Michała Kucharczyka, bo naprawdę potrafi w ostatnim czasie zrobić różnicę, ale z nim Europy nie się nie podbije Podobnie z Mihailem Aleksandrovem. Nieźle zapowiada się Steeven Langil, jednak i on potrzebuje czasu i zgrania.

 

Wystarczy jedna bramka

 

Legia już wiele razy pokazywała, że jedno trafienie w zupełności wystarczy do wywalczenia awansu. Nam, Polakom, starczyłby nawet zwycięski remis, aby tylko mieć tę wymarzoną drużynę w Lidze Mistrzów i mało kogo powinno obchodzić, czy byłby to Lech, Legia, czy Wisła. 20 lat to jednak za długi okres czasu by wybrzydzać.

 

Biorąc pod uwagę niebywały sukces reprezentacji na Euro 2016 ewentualny awans mistrza Polski byłby piękną wisienką na torcie. Liga Mistrzów byłaby zarówno prestiżem, jak i frajdą. Pomyślmy przez chwilę, że na Łazienkowską przyjeżdża Barcelona, Reala Madryt czy Bayern Monachium. Te marzenia są na wyciągnięcie ręki.

 

Warto zauważyć, że pierwszy mecz jest w Irlandii. Tak samo było w meczach z mistrzem Bośni oraz Słowacji. Najpierw wyjazd, potem spotkanie u siebie. Wcześniej przyniosło to szczęście, miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie. Kończąc tym optymistycznym wątkiem trzeba przyznać, że Legia ma swoje kłopoty, a mecz z Dundalk może je albo rozwiązać, albo tylko pogłębić kryzys nie tylko warszawiaków, ale i całej polskiej piłki klubowej.