Można analizować potencjał zawodników, starać się zgłębić tajniki trenerskiej taktyki, snuć przewidywania oparte na statystykach. Ale do TAKIEGO meczu nie sposób podchodzić na chłodno, analitycznym okiem oceniając szanse zespołów. To ćwierćfinał igrzysk olimpijskich, to mecz o gigantyczną stawkę, to sześćdziesiąt minut, które może zaważyć na ocenie całej kariery. To starcie, które może otworzyć wrota do wiecznej chwały albo z hukiem zatrzasnąć drzwi do olimpijskiego medalu; przedstawicielom jednego z najlepszych pokoleń w historii polskiej piłki ręcznej - zatrzasnąć na zawsze.

Dlatego o meczu Polska - Chorwacja trudno mówić i pisać inaczej niż przez pryzmat ogromnych emocji. Tych, które przed nami i tych, których już doświadczyliśmy. Bo śledzenie rywalizacji Polaków z Chorwatami już wielokrotnie okazywało się zajęciem dla ludzi o mocnych nerwach...

I jeszcze jedna uwaga. Naprawdę z dużym dystansem podchodzę do autorów, którym - niezależnie od podejmowanego tematu - niemal zawsze ostatecznie wychodzi tekst o nich samych. I ten tekst nie będzie, broń Boże, o mnie. Będzie o rywalizacji z Chorwacją, ale opowiem o tym tak, jak ja tę rywalizację zapamiętałem i przeżywałem. O swoich emocjach pisać przecież chyba najłatwiej. A na pewno - najuczciwiej.


Zagrzeb, 30 stycznia 2009, półfinał mistrzostw świata

Dwa lata wcześniej Polacy przebojem wdarli się do światowej czołówki. Podczas mistrzostw świata w Niemczech doświadczyli, jak to jest grać przeciwko gospodarzom przy pełnej hali. Ale nawet rozkochani w handbalu Niemcy nie potrafią stworzyć takiej atmosfery...

Zagreb Arena została otwarta dwa tygodnie (!) przed mistrzostwami świata. Wyrastająca z niczego na przedmieściach Zagrzebia potężna konstrukcja już z daleka robiła wrażenie. Pusta przytłaczała rozmiarem i imponowała funkcjonalnością. Ale w pełni można było docenić ten obiekt, gdy trybuny się zapełniły. I nie tylko trybuny. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w hali na 15 tysięcy miejsc, kibiców Chorwacji zmieściło się więcej. Byli wszędzie. W przejściach, na schodach, na korytarzach, przy bandach reklamowych. I chyba wszyscy - bez wyjątku - zaangażowani w doping. Kiedy zawodnicy wyszli na rozgrzewkę, ryk kibiców wbił mnie w podłogę.


Ivano Balić i spółka u siebie okazali się zbyt mocni (fot. PAP)

Niewiele jest na świecie stadionów piłkarskich, na którym fanom udaje wytworzyć się tak gorącą atmosferę, jak Chorwatom w chłodny styczniowy wieczór 2009 roku w Arenie Zagrzeb. Odniosłem wtedy wrażenie, że niektórych naszych zawodników cała ta otoczka spotkania nieco usztywniła. Przy takim napięciu najmniejsze głupstwo może wytrącić z równowagi. Nic dziwnego, że Biało-czerwonych do furii doprowadzała... odklejająca się wykładzina, przez którą wielokrotnie akcje Polaków były przerywane, a na boisku meldowali się panowie z tubkami kleju i szpulami taśmy klejącej.

Chorwaci pokonali wtedy naszą drużynę 29:23, a we mnie wyrobili przekonanie, że na własnym parkiecie są absolutnie niezwyciężeni. 48 godzin później z błędu wyprowadzili mnie (i samych Chorwatów) Francuzi...


Wiedeń, 30 stycznia 2010, półfinał mistrzostw Europy

Bolesne doświadczenie. Mecz z Chorwacją, który w traumatyczne doświadczenie zamienili ...Norwegowie. Jak dziś pamiętam myśl, która przemknęła mi przez głowę po kilku minutach meczu, który miałem szczęście śledzić stojąc tuż przy parkiecie: trzeba będzie wygrać różnicą pięciu-sześciu bramek, żeby na tablicy wyników było chociaż plus jeden. W przerwie meczu, w biurze prasowym, powiedziałem do kolegów, którzy cieszyli się z dobrej gry Polaków i liczyli na zwycięstwo: nie ma szans, sędziowie nie pozwolą. Sytuacja była tak ewidentna, że nawet chorwaccy dziennikarze gazety Jutarniji List w relacji na żywo pisali z hali w Wiedniu "Sędziowie są z nami, ale co z tego, skoro my gramy bardzo źle w ataku..."


Bogdan Wenta bezradny wobec decyzji norweskich sędziów (fot. Cyfrasport)

Wielu z państwa pamięta pewnie tamten półfinał przegrany 21:24 i złowrogi norweski duet Kenneth Abrahamsen - Arne Kristiansen. Po tamtym meczu polscy fani szczypiorniaka apelowali o bojkot łososia norweskiego. Dziś można się uśmiechnąć, ale wtedy nikomu do śmiechu nie było. Nie zapomnę, jak Marcin Lijewski szukał na parkiecie... zęba, którego wybił mu jeden z Chorwatów. Lijek miał nadzieję, że przedstawienie corpus delicti otrzeźwi norweskich sędziów, którzy oczywiście w tamtej sytuacji żadnego faulu Chorwata nie dostrzegli. Z kolei dzień później Bogdan Wenta na konferencji prasowej odczytał oświadczenie będące wyrazem desperacji człowieka, który ma świadomość, że został oszukany i - co gorsza - że nikogo poza nim to nie obchodzi.


Kraków, 27 stycznia 2016, mecz II fazy mistrzostw Europy

Ten mecz nie powinien mieć znaczenia. Po fantastycznym zwycięstwie z Francją wystarczyło w drugiej fazie turnieju pokonać Norwegię i Białoruś. To dałoby nam półfinał i z Chorwacją gralibyśmy o prestiż. Ale Norwegii nie pokonaliśmy i z Chorwacją graliśmy o życie. Nastroje w Krakowie były jednak więcej niż optymistyczne. My mogliśmy pozwolić sobie nawet na niewysoką - różnicą trzech trafień - porażkę. Chorwaci szanse na awans mieli właściwie tylko teoretyczne. Musieli z gospodarzami imprezy, w obecności kilkunastu tysięcy widzów, wygrać różnicą jedenastu bramek!

A potem... Ta narastająca świadomość nieuchronnego, ta niezgoda na akceptację czegoś, co przecież miało być niemożliwe... Ta doskwierająca poznawcza bezradność. Ale jak to? Dlaczego? O co chodzi? Pamiętam rozmowy, które zaraz po meczu, tuż obok boiska, przeprowadzałem z naszymi zawodnikami. Tym razem po przegranym meczu po nikim nie było widać sportowej złości, wściekłości; widać było tylko dojmujący smutek.


Smutek, żal, niedowierzanie. Polacy po klęsce z Chorwacją na EURO 2016 (fot. Cyfrasport)

Pamiętam Michaela Bieglera, którego było mi autentycznie żal, gdy drżącym głosem mówił do kamery Polsatu Sport, że to najprawdopodobniej koniec jego pracy z polską kadrą. I pamiętam Manuela Strleka, który z rozbrajającą szczerością przyznał, że Chorwaci chcieli tylko godnie pożegnać się z turniejem, a w realizację swojej Mission Impossible uwierzyli dopiero w trakcie meczu.


Kielce, 11 czerwca 2010, mecz towarzyski

Jest jeszcze jeden mecz z Chorwacją, który przywołuje wyjątkowo bolesne wspomnienia. Wcale nie o wielką stawkę, przeciwnie - towarzyski. Jest piątek, 11 czerwca 2010 roku; Hala Legionów w Kielcach. W 10. minucie Karol Bielecki próbuje zatrzymać Josipa Valcicia. Chwilę później z zakrwawionym ręcznikiem przy oku zbiega do szatni. Nikt z nas, obecnych w hali, nie ma pojęcia, co się właściwie stało.

Pamiętam niepewność, narastającą obawę, coraz gorsze informacje. A potem szok - oka nie da się uratować. Trzy dni później w hali Torwar na kolejny sparing z Chorwacją Polacy wychodzą w koszulkach z napisem "Karol, trzymaj się". I ze łzami w oczach.

Wszyscy doskonale wiemy, jak skończyła się tamta historia. Karol Bielecki jest w Rio. Ba, z 33 bramkami jest najskuteczniejszym z Polaków i drugim najlepszym strzelcem całego turnieju. Może swoją nadzwyczajną karierę w sposób nadzwyczajny spuentować. Tak, jak i jego koledzy, którzy wygrywając ćwierćfinał igrzysk olimpijskich sprawią, że kolejnym razem na hasło "gramy z Chorwacją" polscy kibice uśmiechną się wspominając piękne chwile.