Środowa konferencja prasowa przez kilkanaście minut miała spokojny przebieg. Nate Diaz oraz dwóch bohaterów walki poprzedzającej główne wydarzenie gali UFC 202 - Anthony Johnson (21-5, 15 KO) oraz Glover Teixeira (25-4, 15 KO, 7 SUB) cierpliwie odpowiadali na pytania dziennikarzy. Brakowało tylko Conora McGregora, który po raz kolejny nie dał rady dotrzeć na czas. Mimo wszystko nawet jego obecność nie zwiastowała tego, co się wydarzyło.

W pewnym momencie Diaz wstał z miejsca i - zachęcany przez brata Nicka - postanowił ostentacyjnie wyjść z sali. Wraz ze swoją ekipą mijał dziennikarzy, "pozdrawiając" McGregora środkowym palcem. Irlandczyk w pewnym momencie nie wytrzymał i po prostu wykrzyczał, by jego rywal zjeżdżał z sali. Wtedy w ruch poszły butelki...

Jako pierwszy rzucił Diaz, co nie spodobało się McGregorowi, który bardzo szybko odpowiedział tym samym. Po chwili w awanturę wmieszała się cała ekipa Diaza, a Irlandczyk musiał radzić sobie sam, lecz nie miał z tym problemy. Chwytał wszystkie butelki, które miał pod ręką i starał się wymierzyć idealny cios - niczym w oktagonie. Diaz z uśmiechem na ustach i środkowym palcem skierowanym w McGregora rzucał obelgami, wtórował mu brat, a "Notorious" musiał być uspokajany przez osoby trzecie.

Dana White, prezydent UFC, nie uznał tego wybryku za zabawny i natychmiast przerwał konferencję.

Walka Diaz - McGregor będzie rewanżem za to, co stało się w marcu tego roku. Wtedy skazywany na pożarcie Amerykanin poddał faworyzowanego Irlandczyka duszeniem zza pleców w drugiej rundzie.