Zbozień trafił do Arki 22 lipca, już po rozpoczęciu ligowego sezonu, z KGHM Zagłębia Lubin i w sobotę o godzinie 20.30 będzie miał okazję zagrać przeciwko swojej byłej drużynie.

 

„Czeka nas ciężki mecz, bo Zagłębie to bardzo dobry zespół, który znajduje się w niezłej formie. Co prawda po trzech zwycięstwach lubinianie zanotowali trzy remisy, ale tę zadyszkę mają już za sobą. Widziałem ich ostatni mecz z Górnikiem Łęczna, w którym zagrali bardzo dobrze i powinni odnieść wysokie zwycięstwo. Oni są świetnie przygotowani i po przerwie na reprezentację będą spisywać się jeszcze lepiej. Ta drużyna namiesza w tym sezonie w ekstraklasie” - stwierdził.

 

Prawy obrońca nie ukrywa, że pod względem sportowym nie zrealizował się w Zagłębiu – w poprzednim sezonie wystąpił w ekstraklasie tylko w 15 meczach na 37.

 

„W Lubinie byłem rezerwowym, a nie tego oczekiwałem. Czułem, że Piotr Stokowiec stawia na innych, ale nie mam o to do niego pretensji, bo takie jest prawo każdego szkoleniowca. Poza tym gdybym był dwa razy lepszy, to trener wybrałby mnie, a nie Todorovskiego, którego prowadził wcześniej, ściągnął do Zagłębia i obdarzył zaufaniem” - skomentował.

 

Wychowanek Zyndrama Łącko przekonuje, że do meczu z Zagłębiem podchodzi jak do każdego innego ligowe spotkania i nie zamierza niczego udowadniać.

 

„Nie chcę oczywiście nikomu czegoś udowadniać w negatywnym kontekście, żeby komuś dopiec, na zasadzie +teraz wam pokażę+. A udowadniać zawsze trzeba, ale przede wszystkim sobie, a także trenerom, żeby utrzymać się na ligowej karuzeli. W sobotę zagram bez +napinki+, ale jestem skoncentrowany, bo do każdego meczu podchodzę na maksa. Niezależnie z kim przychodzi nam się mierzyć, zawsze chcę zwyciężyć. Także Zagłębie to super profesjonalny i poukładany klub, do którego mam sentyment, ale jestem piłkarzem Arki i zrobię wszystko, aby mój zespół wygrał. Później będę jednak trzymał kciuki za chłopaków z Lubina” - zapewnił.

 

Nowy nabytek gdyńskiego beniaminka podkreślił, że odszedł z Zagłębie tylko dlatego, że zamierzał regularnie grać.

 

„Jestem w optymalnym wieku i nie chciałem spędzić najlepszych piłkarskich lat na ławce. Czytałem opinie, że boję się rywalizacji i się poddałem, a było odwrotnie - podniosłem rękawicę a nie rzuciłem ręcznik. Przechodząc do beniaminka, co nie było dla mnie łatwą decyzją, podjąłem ryzyko. Żaden zawodnik nie ma zagwarantowanego miejsca w składzie, ale ja walki się nie obawiam. Wiem również, że mogę dać zespołowi zdecydowanie więcej, kiedy gram regularnie, bo wtedy nabieram pewności siebie, niż kiedy wchodzę na boisko z ławki rezerwowych” - zaznaczył.

 

Defensor Arki zdradził również, że miał jeszcze z Zagłębiem kontrakt do końca sezonu i na przejściu do Arki stracił finansowo.

 

„Nikt mnie w Lubinie mnie skreślił, bo w klubie chcieli, abym został. Mogłem siedzieć wygodnie i kasować niezłą pensję, ale chciałem regularnie grać i rozwijać się, bo kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Nie chcę wdawać się w finansowe szczegóły, bo ważne są nie tylko cyferki, ale również samopoczucie, a ja w Arce czuję się świetnie i jestem szczęśliwy” - dodał.

 

Po przejściu tego piłkarza do Gdyni, firmową bronią Arki stały się dalekie wyrzuty z autu obu bocznych obrońców. „W moim przypadku jest to element nabyty, bo lubię ćwiczyć na siłowni. Z kolei w przypadku Marcina Warcholaka to umiejętność wrodzona. +Warchoł+ to naturszczyk i tur od urodzenia. Jest tak silny, że idealnie pasuje mi do wizerunku typowego chłopa z gór. Wrzuty z auty są groźne jak stałe fragmenty gry i kilka sytuacji już po nich stworzyliśmy. Trzeba nadal próbować” - ocenił.

 

Łącko znane jest nie tylko z klasowego prawego obrońcy, słynnej śliwowicy, której receptura, jak zaręcza Zbozień, przekazywana jest z dziada pradziada, ale również góralskiej kapeli "Ciupaga". W tym zespole zawodnik Arki miał także okazję grać na skrzypcach.

 

„To była moja odskocznia od piłki. Trafiłem do tej kapeli, kiedy miałem 16 lat. Występowaliśmy na weselach i nawet kiedy odszedłem do zespołu Młodej Ekstraklasy Legii Warszawa, to w każdej wolnej chwili starałem się przyjechać do Łącka, aby grać z chłopakami. Oni jednak regularnie spotykali się na próbach i zrobili kolosalny artystyczny postęp, a ja nie miałem czasu ćwiczyć i zacząłem od nich wyraźnie odstawać” - przyznał.

 

Ostatni oficjalny występ 27-letniego futbolisty miał miejsce w "Ciupadze" dwa lata temu podczas świąt Bożego Narodzenia.

 

„Chodziliśmy, tak jak wcześniej przez wiele lat, po kolędzie. W Łącku jest taka tradycja, że w czasie świąt odwiedza się w domach rodziny oraz znajomych i razem śpiewa kolędy. Cały czas utrzymuję kontakt z kolegami, chodzę na ich koncerty, a jak wpadnę na próbę, to nikt mnie oczywiście nie wygoni. Oficjalną działalność muzyczną zawiesiłem, bo już za nimi nie nadążam. Na występach musiałbym udawać że gram, a trzymałbym tylko skrzypce. Polecam jednak +Ciupagę+, bo to super pozytywnie nastawione chłopaki i świetny zespół” - podsumował Zbozień.