Ale tylko pozornie. Nie chcę mi się wierzyć, by to co zacznie się dla mistrzów Polski dziś przy Łazienkowskiej było dla zawodników jedynie deserem po na razie mało zjadliwymi posiłkami w polskich rozgrywkach.

 

Profesjonalny zawodnik powinien być tak samo przygotowany mentalnie na każdy mecz. Ale …  to akceptowalne, że wieczorem mobilizacja będzie zupełnie inna niż grając u siebie z beniaminkiem z Gdyni, w Pucharze Polski w Zabrzu czy w ostatnią sobotę z Bruk-Bet Termaliką, gdy swoje święto miała malutka Nieciecza.  W środowy wieczór każdy z graczy będzie starał się założyć galowy piłkarski strój. I na pewno da z siebie więcej niż wskazuje na to jego aktualna forma.

Słowa Michała Żewłakowa w niedzielnym „Cafe Futbol”, że Legia nie przegra z Borussią Dortmund, przez wielu zostały potraktowane z przymrużeniem oka. Owszem, wszystkie sportowe argumenty leżą po stronie niemieckiego rywala, ale jest jeszcze coś, czego nie można umieścić w ramach logicznego rozumowania. Przecież każdy z zawodników mimo gorzej niż przeciętnej dyspozycji wie doskonale, że to w spotkaniach z BVB, Realem Madryt czy Sportingiem Lizbona można napisać fantastyczną historię. Wygrana z Termaliką czy gra w kolejnej fazie Pucharu Polski mają zupełnie inny wymiar.

Czy wspominając Lecha z sezonu 2010-2011 w Poznaniu nie wraca się pamięcią do chwil, kiedy pod wodzą Jacka Zielińskiego ,„Kolejorz” w eliminacjach do Ligi Mistrzów, a potem Ligi Europy też niemiłosiernie się męczył,  a w grupie tych mniej prestiżowych rozgrywek (później pod batutą Jose Marii Bakero) toczył pasjonujące boje, odbierał punkty Juventusowi Turyn i ogrywał Manchester City? To były wieczory, do których przy Bułgarskiej ciągle się wraca, bo kolejnych takich … nie było. I dzięki którym – między innymi – zagranicę mogli odejść Artjom Rudniew, Sławomir Peszko czy Semir Stilić. Owszem, sytuacja Lecha w lidze była wtedy niemal identyczna do tej, w jakiej jest teraz Legia. Zieliński zapłacił wówczas za to głową. Ale wtedy Ekstraklasa nie grała w systemie ESA-37. Punktów po 30 kolejkach nie dzielono, więc klubowi z Wielkopolski wiosną ciężej było jesienne straty odrabiać. Ostatecznie do miejsca w pucharach zabrakło jednak zaledwie trzech punktów. Przy obecnym systemie byłoby to łatwe do odrobienia. Tylko Wisła w tamtym sezonie była nie do dogonienia. Ale jak pamiętamy, był to sezon wielkich holenderskich inwestycji dyrektora Stana Valcxa i trenera Roberta Maaskanta, po których (przy nieudanej walce o Champions League z Apoelem Nikozja) w Krakowie do dziś odbija się czkawka.

Legia nie ma nic do stracenia. Jak przegra, nawet wysoko, nikt nie będzie zdziwiony. Sporo osób obawia się nawet „rzezi niewiniątek” szczególnie patrząc na to, jak wygląda warszawska gra obronna. Ale jeśli udałoby się zagrać niezapomniany mecz, a przy okazji urwać punkty gigantowi z Niemiec, nikt nie będzie chciał wysyłać do Belgii Besnika Hasiego i wracać do faktu, że więcej goli w lidze od Mistrza Polski strzeliła Korona Kielce i beniaminek z Płocka. Optyka może się bardzo zmienić.

Ligowa lokata klubu z „Ł3” dumy mu nie przynosi i tutaj zgoda. Ale spokojnie. Ten zespół ma zbyt duży zawodniczy potencjał by się jakiejś krajowej katastrofy obawiać. A i tak dla Legii prawdziwa Ekstraklasa zacznie się dopiero na wiosnę. Teraz niech spróbuje dać radość tym wszystkim, którzy 20 lat czekali na to. O 20.45 polski kibic usłyszy się już nie tylko z telewizyjnego głośnika.