Giba, Nalbert, Karch Kiraly, Andrea Giani, Nicola Grbić i inne zagraniczne gwiazdy oklaskiwały biało-czerwonych. Razem z nimi, wierząc, że wkrótce doczekają się następców, brawa bili Michał Winiarski, Mariusz Wlazły, Piotr Gruszka, Krzysztof Ignaczak, Zagumny i inni biało-czerwoni. Wśród 12 tysięcy widzów tego ważnego wydarzenia byli także znakomicie trenerzy: Andrea Anastasi, Władimir Alekno, Raul Lozano, wciąż aktualny selekcjoner Polaków Stephane Antiga oraz Ireneusz Mazur, który świętował mistrzostwo Europy i świata juniorów w 1996 i 1997 roku.


10 lat oczekiwania


To wtedy padł pomysł, aby uzdolnionych chłopców urodzonych w 1977 roku jak najszybciej wprowadzić do dorosłej siatkówki. Z jednej strony zagwarantowało to im regularną grę wśród najlepszych w kraju i zagranicą, z drugiej naraziło na kilka lat zbierania doświadczenia, porażek i rozczarowań. Tak naprawdę dopiero w 2006 roku pierwsza reprezentacja wdrapała się na Mount Everest – Polacy wywalczyli w Japonii wicemistrzostwo świata.


Wówczas w składzie drużyny Raula Lozano byli Paweł Zagumny, Grzegorz Szymański, Piotr Gruszka, Sebastian Świderski, a już dołączyli do nich kolejni złoci juniorzy – reprezentanci pokolenia mistrzów świata z 2003 roku, które do triumfu w Teheranie prowadził Grzegorz Ryś: Mariusz Wlazły i Michał Winiarski. Dodatkowo wkrótce po medale seniorskich imprez sięgali Krzysztof Ignaczak, Paweł Woicki, Marcel Gromadowski, Marcin Możdżonek i Michał Ruciak. To łącznie 11 z 24 siatkarzy z tych dwóch uzdolnionych roczników.


Jaki los następców?


Czy to pozwala wierzyć, że wkrótce w naszej reprezentacji do głosu zaczną dochodzić siatkarze trenera Pawlika? Jeśli tak, to kto? Na razie trzon drużyny, która przez dwa lata nie przegrała żadnego meczu w trzech mistrzowskich turniejach i zaliczyła serię 55 spotkań bez porażki są: przyjmujący Bartosz Kwolek i Tomasz Fornal, środkowi Jakub Kochanowski i Dawid Woch, rozgrywający Łukasz Kozub, atakujący Jakub Ziobrowski i Damian Domagała oraz libero Mateusz Masłowski. Sam z tej listy skreślił się Kamil Droszyński, który zrezygnował z występów w narodowych barwach.


Teraz zawodnicy ci zaczną powoli wchodzić do plusligowych klubów. Za rok czekają ich mistrzostwa świata juniorów, w których utalentowani siatkarze będą chcieli nawiązać do złotych turniejów z 1997 i 2003 roku. Przed nimi jeszcze walka w imprezach do lat 23. Później już tylko seniorskie wyzwania.


Trudny los


Jak skomplikowane jest wejście w dorosłą siatkówkę? Ile czasu potrzeba, aby zaadoptować się do seniorskiego poziomu rozgrywek? Czy siatkarze trenera Pawlika zadebiutują niedługo w pierwszej reprezentacji? – Jest ciężko, bowiem do wieku juniorskiego przygotowujesz się w szkoleniu centralnym pod kątem reprezentacji i konkretnych rozgrywek na swoim poziomie wiekowym – opowiada Ireneusz Mazur. – W seniorskiej siatkówce potrzeba większej regularności, ale do tego z kolei trzeba znaleźć odpowiedni klub. Kluczowe są dwa, trzy pierwsze lata. Jeśli zawodnicy są zostawieni samym sobie lub tylko ludziom, którzy chcą na nich zarobić, to może być niewesoło. Choć niektórzy menedżerowie mądrze szukają miejsca w odpowiednich klubach i wcale nie patrzą na natychmiastowy zysk. Ale ważny jest też nadzór merytoryczny ze strony PZPS – dodaje Mazur.


Dziś łatwiej


Różnica między czasami Mazura, a obecnymi jest taka, że Orły Antigi są mistrzami świata i jednym z czołowych zespołów na świecie. Regularnie grają w turniejach finałowych Ligi Światowej i innych imprez. W 1997 roku nasza drużyna przebijała się dopiero do elity – nie zagrała w dwóch kolejnych turniejach na Starym Kontynencie, a w kolejnych trzech zajmowała piąte miejsce. W mistrzostwach świata biało-czerwoni zajmowali kolejno 17. i 11. miejsce. W 2000 roku na igrzyskach olimpijskich nie zagraliśmy w ogóle, a w 2004 skończyliśmy na etapie ćwierćfinału. W 1998 roku zadebiutowaliśmy w Lidze Światowej! W takich okolicznościach do głosu dochodzili utalentowani juniorzy Mazura, a potem Rysia.


- My mieliśmy problemy z wygrywaniem w ogóle. Wejście moich chłopaków było otwarciem na świat. Wygrywaliśmy już z najlepszymi, ale jeszcze nie najważniejsze imprezy. Potrzeba było czasu, aby nastąpiło przemieszanie się pokoleń, aby weszli siatkarze bez kompleksów, gotowi już do wygrywania. Średnia wieku mojej reprezentacji wynosiła 21,6 roku! Być może potrzeba było kilku lat, może wymieszania kilku pokoleń, a może odpowiedniego trenera, który to wykorzystał. Być może dałoby się to uzyskać wcześniej, ale tego już nie wiemy – podkreśla Mazur, który pierwszą reprezentację prowadził w latach 1998-2000.


Prawdziwe wilki?


Co więc nas czeka? – Ta reprezentacja juniorów to wyjątkowy rocznik, nie było jeszcze takiej drużyny, która wygrywała by tyle i z wszystkimi. To efekt wyjątkowej pracy trenerów SMS, szkoleniowców reprezentacji, ale też rodziców, często byłych siatkarzy. To grupa o świetnych charakterach, determinacji, gotowa do walki, bez kompleksów. No i do tego oczywiście bardzo dobrze wyszkolona technicznie - opowiada trener Mazur.


– Nie da się wszystkiego przewidzieć i zapewnić, że oni zaistnieją niedługo w dorosłym sporcie, ale może będziemy zmuszeni skorzystać z niektórych zawodników na niektórych pozycjach już niedługo. Czy będą gotowi? Za dwa lata jestem pewien, że przyjdzie na nich czas. Jeszcze potrzebują z roku, ale zaczną przebijać się powoli. Pierwsza reprezentacja powinna być otwarta, a trenerzy czujni. Wiele też zależy od pozycji i odwagi trenera reprezentacji, który będzie na nich stawiał – kończy mistrz świata juniorów, Ireneusz Mazur.

 

Wiemy, że nasze wilczki są głodne i gotowe. Już zwycięskie. Czy wkrótce wyrosną z nich dorosłe wilki gotowe rozszarpać cały siatkarski świat?