Andy Burnham to jeden z liderów młodego pokolenia brytyjskiej Partii Pracy. Ma dopiero 46 lat, a już zdążył być ważną postacią w gabinecie premiera Gordona Browna - pełnił funkcję Sekretarza Stanud ds Kultury, Mediów i Sportu. W sierpniu tego roku został wystawiony jako kandydat w wyborach na burmistrza Manchesteru. To nie jest polityk, który sportem zajmuje się z doskoku i przed każdym wystąpieniem publicznym musi zostać przygotowany przez swoich asystentów. Kibicuje Evertonowi, był honorowym prezesem Leigh Rugby Club. Sam grywa nawet w piłkę nożną.

 

Teraz zabrał głos w sprawie, która od momentu podjęcia przez Brytyjczyków decyzji o wystąpieniu z Unii Europejskiej od czasu do czasu pojawia się w mediach: co się stanie z ogromną liczbą obcokrajowców, występujących w Premier League? Kiedy Brytyjczyków obejmowała swoboda przepływu pracowników, sprawa była jasna: angielskie kluby na potęgę zatrudniały graczy z Europy. Czy przyniosło to korzyści reprezentacji Anglii?

 

Czy Brexit może coś zmienić w angielskim futbolu? Czy Brexit może spowodować, że angielski futbol odejdzie od dyrektyw o swobodzie przepływu pracowników i wprowadzimy kwoty dla naszych, rodzimych zawodników? Myślę, że warto taką debatę przeprowadzić - powiedział Burnham podczas debaty Soccerex Global Convention.

 

Polityk Partii Pracy przypomniał też, że Premier League powstała po to, by pomóc angielskiej piłce, ale czy rzeczywiście się tak stało, skoro w ciągu 25 lat jej istnienia tylko raz udało się osiągnąć półfinał wielkiej imprezy (Euro '96 w Anglii).

 

Ciekawe, jak na słowa Burnhama zareagują mieszkańcy Manchesteru - drużyny City i United są jednymi z tych, które zatrudniają najwięcej obcokrajowców.