Sebastian Staszewski: Może Pan już powiedzieć, czy wyjazd do Florencji był dobrą decyzją?

Bartłomiej Drągowski: Czy zrobiłem dobrze, okaże się na końcu tej przygody. Na razie nie gram, a to ma spory wpływ na całokształt. Trudno mi też ocenić ostatni miesiąc, bo miałem go wybity z głowy przez kontuzję mięśniową. Dlatego cierpliwie czekam i mam nadzieję, że kiedyś się doczekam…

Tak po piłkarsku, Fiorentina to inny świat?

Czy ja wiem? W Jagiellonii nie było mi źle. Jasne, że jest kilka różnic, ale nie ma przepaści. Nie podniecam się tam niczym. Warunki są lepsze, jest zatrudnionych więcej osób od rzeczy różnistych. Poziom organizacyjny jest wyższy. I tyle.

Florencja to jednak ciut inne miasto niż Białystok…

Na pewno to miasto piękne. Jest dużo zabytków, wiele miejsc, które trzeba odwiedzić. Pogoda też jest lepsza, niż w Polsce, ale za Białymstokiem po prostu tęsknię. Rodzice raz mnie odwiedzili. Pracują, opiekują się moim młodszym bratem, więc nie mogą za często przylatywać do Włoch. Za to jest ze mną narzeczona. Na szczęście więc nie siedzę tam sam.

Półtora roku temu odwiedziłem Pana w szkole w Białymstoku. Siedzieliśmy przy globusie i pokazywał mi Pan miasta, w których grają zainteresowane Panem kluby. A były to zespoły od Londynu po Moskwę. Ostatecznie trafił Pan do Włoch. Długo wahał się Pan przed wyjazdem?

To była szybka decyzja. Tuż po sezonie podjąłem postanowienie, że odejdę. Nie, że musiałem, ale chciałem jechać, nauczyć się czegoś nowego, czegoś spróbować. Mogłem zostać w „Jadze” i grać, ale wszystko przemyślałem. To była bardzo świadoma decyzja.

To jak było w końcu z ofertą z Realu Madryt?

Nie pamiętam, to dawno było. Trzeba porozmawiać z tatą. On gadał z jakimś gościem, który coś o Realu opowiadał. Było też kilka innych oferty, ale ta najpoważniejsza pochodziła z Italii. Zawsze było wielu chętnych, ale niewielu było na mnie zdecydowanych. Z kilkoma klubami rozmowy się toczyły, ale nic z tego nie wynikało…

Wiem, że mocno chciało Pana Bournemouth.

Ale ja nie chciałem tam pójść ze względu na Artura Boruca.

Nie chciał Pan posadzić rodaka na ławce…

Nie, sam nie chciałem siedzieć. Miałbym się od kogo uczyć, mógłbym z kimś porozmawiać po polsku, ale wolałem się nie zakopywać za bardzo.

Ale słyszałem, że i tak wołają na Pana "Boruk".

Zdarza się. Niektórzy zawodnicy tak na mnie mówią. A panowie od sprzętu wspominają Artura bez przerwy. Często przewija się jego temat. Nie zdradzę co mówią, ale kilka niezłych historii opowiedzieli. Znacznie rzadziej wspominany jest tu Kuba Błaszczykowski. Był krócej, nie grał za dużo.

Bramkarzem numer ile jest Pan w tej chwili we Fiorentinie?

Ostatnimi czasy trenowałem razem z Ciprianem Tatarusanem i Lucą Lezzerinim. Młody Giacomo Satalino wrócił do Primavery i tam gra. Na ławce co prawda siedzę, bo jest długa, siada tam 12 osób, ale w meczach nie występuję. Ostatnio pierwszy bramkarz miał kontuzję, ale nie ja byłem jego zmiennikiem. Może jeszcze ktoś jest przede mną?

Obrońca…

…kierowca albo fizjoterapeuci. Może siódmy jestem, może ósmy? Bo jest pięciu fizjoterapeutów. No i kierowca. A więc jestem daleko, daleko…

Nie stresuje to Pana?

Nie, jakoś nie. Jasne, że nie szedłem tam, aby być głęboką rezerwą i żeby w kolejce do grania być za fizjoterapeutami, ale jestem cierpliwy. Będę trenował, to może i będę grał. Wszyscy mi powtarzają, że jestem młody i tak dalej. A dla mnie to słaby argument. Z każdym rokiem jestem coraz starszy…

Tylko niech Pan nie kończy kariery za chwilę!

Dam sobie jeszcze trochę czasu.


W Anglii grają Artur Boruc i Łukasz Fabiański, we Włoszech – Wojciech Szczęsny, w Bundeslidze Rafał Gikiewicz, a w Hiszpanii Przemysław Tytoń. Dobry czas mają nasi bramkarze, prawda?

Od dawna wiadomo, że Polska bramkarzami stoi. Jakby nie patrzeć, nasi bramkarze od dawna występują w dobrych klubach i przede wszystkim – grają. Nic tylko się cieszyć. Jeśli chcesz zapytać mnie o to, czy mogę z nimi rywalizować, to odpowiem, że w to wierzę. Ale wierzyć to sobie mogę… Wiem, że tak nie będzie. Jestem o tym przekonany. Na razie nie zapowiada się, abym grał. Więc biorę cygaro i czekam.

A Mundial w 2018 roku to jakiś cel?

Cel na 2018 rok? Chciałbym zacząć grać w klubie. Celów reprezentacyjnych nie mam. To nie dla mnie. Nie ten czas, nie ta chwila. Mistrzostwa są za dwa lata, a ja to przez dwa lata chcę zacząć grać gdziekolwiek.

Bardzo surowo ocenia Pan swoją sytuację. Ale i realnie.

Na razie jestem głęboką rezerwą we Fiorentinie. Nawet w meczach Primavery nie gram. Ostatni raz pokazałem się na murawie w Jagiellonii. Na razie tylko trenuję i… trenuję. A przecież nie o to chodzi.

Całą rozmowę z Bartłomiejem Drągowskim zobacz w materiale wideo.