Iwańczyk: Nieoczekiwana zmiana miejsc, czyli co mają wybory w USA do wyborów w PZPN

Piłka nożna
Iwańczyk: Nieoczekiwana zmiana miejsc, czyli co mają wybory w USA do wyborów w PZPN
fot. CyfraSport
Józef Wojciechowski

Bezkompromisowo wchodzi w ustalony ostatnimi laty porządek. Naturszczyk z populistycznymi frazesami, niepopartymi rozsądnym, wizjonerskim programem. Za to z wypchanym portfelem, pozwalającym realizować mu trudne do przewidzenia cele. Świata nie zbawi, ale może skutecznie doprowadzić do jego katastrofy.

Tak widzę Donalda Trumpa, niewygodnego nawet dla samych Republikanów kandydata na prezydenta USA, który mimo oczywistych wad wciąż jest w stanie zagrozić Hillary Clinton w wyścigu do Białego Domu. Ledwie zakończyła się ich pierwsza telewizyjna debata, po której sondaże nie drgnęły, wynik wyborów wciąż wisi na włosku, a gdzieś w maleńkim – przymierzając do USA – kraju nad Wisłą, do wyborów staje biznesmen, który wszelkimi możliwymi sposobami zamierza rozprawić się z establishmentem.

 

Tu, co prawda, nie chodzi o prezydencki fotel, a stanowisko szefa PZPN, futbolowe władze nie są znienawidzone, a wręcz przeciwnie, ale skutek w obu przypadkach może być ten sam – bezpardonowa walka do końca z finiszem, który może wywrócić ustalony przez lata porządek do góry nogami. Szarża Józefa Wojciechowskiego, byłego dobrodzieja Polonii Warszawa, który stanął w szranki ze Zbigniewem Bońkiem, naprawdę godna jest wyczynu Trumpa za oceanem.


Trumpa nie interesuje Pakt Północnoatlantycki ze wszystkimi jego zapisami, podejrzewam, że podobna jest wiedza Wojciechowskiego o UEFA i jego strukturach. Kandydat na prezydenta USA kampanię przygotowywał od dawna, bynajmniej nie programowo, a finansowo. Podobnie wielkie są możliwości kontrkandydata Bońka. O swojej wizji funkcjonowania związku i polskiej piłki na razie ni słowa. Może dlatego, że zdecydował się ad hoc, z czego dał się poznać jako zarządzający Polonią.


Jednym z największych artykułowanych przez opozycję zarzutów wobec Bońka jest to, że otoczył się bezkrytycznym dworem, który strzeże jego dobrego imienia w przestrzeni publicznej. Są i inne - kwestia relacji z nielegalnym na polskim rynku bukmacherem, próba przeforsowania korzystnego, dającego prawo autorytarnych rządów statutu, etc. Lista mniej lub bardziej zasadnych uszczypliwości jest długa, co człowiek/kibic/dziennikarz, inna opinia na ten temat. Trzeba być jednak skrajnie nieobiektywnym, by powiedzieć, że za czasów Bońka PZPN poszedł w złą stronę. Lub nawet - co wypowiedział w jednym z nielicznych wywiadów Wojciechowski - że nie zrobiono nic, by sytuację polskiej piłki poprawić.


Jeśli wspomniany dwór Bońka rzeczywiście istnieje, to ja do niego nie należę. Ale wiem, że na Euro 2016, a wcześniej w eliminacjach reprezentacja Polski zrobiła coś wielkiego (Wojciechowski twierdzi, że nie). Dotarła do ćwierćfinału i nie zawdzięcza tego jedynie szczęściu. To konsekwencja przemyślanego wyboru Adama Nawałki na selekcjonera, więc ten Boniek jednak coś zrobił (Wojciechowski twierdzi, że nie).

 

A nawet gdyby nic nie zrobił (trzymam się retoryki Wojciechowskiego), to PZPN zyskał w oczach kibiców tyle, ile za żadnego dotychczasowego szefa związku. Zyskał nie tylko wizerunkowo, ale i realnie. Nie przypominam sobie sytuacji, w której pakiety sponsorskie byłyby zajęte na kilka sezonów wprzód, było raczej rozpaczliwe poszukiwanie kogoś, kto dorzuci się do konstruowanego na kolanie budżetu. O zdolnościach dyplomatycznych poprzednika Bońka lepiej nie wspominać, o znajomości języków, czy salonowym obyciu wśród gwiazd tego sportu, choć sam Grzegorz Lato - gdyby nie specyficzny styl - mógł się znaleźć w tym samym panteonie sław – także nie.


Nie zamierzam mieszać się do walki obu kandydatów na szefa PZPN, niech się leją, byle nie ze szkodą dla polskiej piłki. Oczywiście, że chciałbym z pozycji kibica i dziennikarza starcia dwóch merytorycznych kandydatów, ale skoro jest tylko jeden, a drugi szafuje jedynie populistycznymi hasłami, pozostańmy uczciwi i oddajmy Bońkowi to, co mu należne. Trudne do zniesienia jest podważanie oczywistości, tak jak trudno słucha się Trumpa, który kupuje w Ameryce głodne przewrotu, sfrustrowane rzesze, jest w stanie obiecać wszystko wszystkim, może poza obcymi, których z USA najzwyczajniej wygna.


Nie angażując się zupełnie w związkowe historie, mając w pamięci wyczyny Wojciechowskiego w Polonii, trudno wyobrazić sobie, że Nawałka ląduje na dywaniku u prezesa po mało widowiskowym meczu, zresztą stawiam, że za takich rządów przetrwałby krócej niż Sam Allardyce na stanowisku selekcjonera reprezentacji Anglii.


Szkoda, że środowisko piłkarskie w Polsce, choć futbol reprezentacyjny, a nawet klubowy robi milowe kroki, jest tak słabe. Słabe na tyle, że nie wystawia do starcia z Bońkiem sensownego, merytorycznego kontrkandydata, który być może ma inną wizję, ale koniec końców siada razem z nowo wybranym szefem i nie podgryza go w kostki, tylko razem działają na rzecz piłki.


Do wyborów mieli stanąć Cezary Kucharski, Cezary Kulesza, były i inne nazwiska. Nie wystartowali, zamiast tego mamy nieoczekiwaną zmianę miejsc - wymyślonego naprędce kandydata, który nie ma pomysłu, a największym jego atutem jest to, że może stanąć przeciwko Bońkowi i bez konsekwencji brać się z nim za łby, bo w futbolu działa jedynie na zasadzie kaprysu. Swoją drogą to też osobliwa historia w polskich związkach, że kto staje przeciwko obecnej władzy, naraża się później na środowiskowy ostracyzm. Nawet gdyby wyszedł z lawiną sensownych rozwiązań, jego los jest przesądzony. To jednak temat na zupełnie inne opowiadanie.


Wracając do Wojciechowskiego, analogia wyborów związkowych do wyścigu o Biały Dom nasuwa się sama. Ktoś powie, że nie ma sensu, bo świat globalnej polityki nijak ma się do tak błahej sprawy jak futbol, w dodatku w Polsce. Nawet jeśli choć w części to racja, dlaczego psuć coś, co wreszcie ma ręce i nogi?

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze