Tak widzę Donalda Trumpa, niewygodnego nawet dla samych Republikanów kandydata na prezydenta USA, który mimo oczywistych wad wciąż jest w stanie zagrozić Hillary Clinton w wyścigu do Białego Domu. Ledwie zakończyła się ich pierwsza telewizyjna debata, po której sondaże nie drgnęły, wynik wyborów wciąż wisi na włosku, a gdzieś w maleńkim – przymierzając do USA – kraju nad Wisłą, do wyborów staje biznesmen, który wszelkimi możliwymi sposobami zamierza rozprawić się z establishmentem.

 

Tu, co prawda, nie chodzi o prezydencki fotel, a stanowisko szefa PZPN, futbolowe władze nie są znienawidzone, a wręcz przeciwnie, ale skutek w obu przypadkach może być ten sam – bezpardonowa walka do końca z finiszem, który może wywrócić ustalony przez lata porządek do góry nogami. Szarża Józefa Wojciechowskiego, byłego dobrodzieja Polonii Warszawa, który stanął w szranki ze Zbigniewem Bońkiem, naprawdę godna jest wyczynu Trumpa za oceanem.


Trumpa nie interesuje Pakt Północnoatlantycki ze wszystkimi jego zapisami, podejrzewam, że podobna jest wiedza Wojciechowskiego o UEFA i jego strukturach. Kandydat na prezydenta USA kampanię przygotowywał od dawna, bynajmniej nie programowo, a finansowo. Podobnie wielkie są możliwości kontrkandydata Bońka. O swojej wizji funkcjonowania związku i polskiej piłki na razie ni słowa. Może dlatego, że zdecydował się ad hoc, z czego dał się poznać jako zarządzający Polonią.


Jednym z największych artykułowanych przez opozycję zarzutów wobec Bońka jest to, że otoczył się bezkrytycznym dworem, który strzeże jego dobrego imienia w przestrzeni publicznej. Są i inne - kwestia relacji z nielegalnym na polskim rynku bukmacherem, próba przeforsowania korzystnego, dającego prawo autorytarnych rządów statutu, etc. Lista mniej lub bardziej zasadnych uszczypliwości jest długa, co człowiek/kibic/dziennikarz, inna opinia na ten temat. Trzeba być jednak skrajnie nieobiektywnym, by powiedzieć, że za czasów Bońka PZPN poszedł w złą stronę. Lub nawet - co wypowiedział w jednym z nielicznych wywiadów Wojciechowski - że nie zrobiono nic, by sytuację polskiej piłki poprawić.


Jeśli wspomniany dwór Bońka rzeczywiście istnieje, to ja do niego nie należę. Ale wiem, że na Euro 2016, a wcześniej w eliminacjach reprezentacja Polski zrobiła coś wielkiego (Wojciechowski twierdzi, że nie). Dotarła do ćwierćfinału i nie zawdzięcza tego jedynie szczęściu. To konsekwencja przemyślanego wyboru Adama Nawałki na selekcjonera, więc ten Boniek jednak coś zrobił (Wojciechowski twierdzi, że nie).

 

A nawet gdyby nic nie zrobił (trzymam się retoryki Wojciechowskiego), to PZPN zyskał w oczach kibiców tyle, ile za żadnego dotychczasowego szefa związku. Zyskał nie tylko wizerunkowo, ale i realnie. Nie przypominam sobie sytuacji, w której pakiety sponsorskie byłyby zajęte na kilka sezonów wprzód, było raczej rozpaczliwe poszukiwanie kogoś, kto dorzuci się do konstruowanego na kolanie budżetu. O zdolnościach dyplomatycznych poprzednika Bońka lepiej nie wspominać, o znajomości języków, czy salonowym obyciu wśród gwiazd tego sportu, choć sam Grzegorz Lato - gdyby nie specyficzny styl - mógł się znaleźć w tym samym panteonie sław – także nie.


Nie zamierzam mieszać się do walki obu kandydatów na szefa PZPN, niech się leją, byle nie ze szkodą dla polskiej piłki. Oczywiście, że chciałbym z pozycji kibica i dziennikarza starcia dwóch merytorycznych kandydatów, ale skoro jest tylko jeden, a drugi szafuje jedynie populistycznymi hasłami, pozostańmy uczciwi i oddajmy Bońkowi to, co mu należne. Trudne do zniesienia jest podważanie oczywistości, tak jak trudno słucha się Trumpa, który kupuje w Ameryce głodne przewrotu, sfrustrowane rzesze, jest w stanie obiecać wszystko wszystkim, może poza obcymi, których z USA najzwyczajniej wygna.


Nie angażując się zupełnie w związkowe historie, mając w pamięci wyczyny Wojciechowskiego w Polonii, trudno wyobrazić sobie, że Nawałka ląduje na dywaniku u prezesa po mało widowiskowym meczu, zresztą stawiam, że za takich rządów przetrwałby krócej niż Sam Allardyce na stanowisku selekcjonera reprezentacji Anglii.


Szkoda, że środowisko piłkarskie w Polsce, choć futbol reprezentacyjny, a nawet klubowy robi milowe kroki, jest tak słabe. Słabe na tyle, że nie wystawia do starcia z Bońkiem sensownego, merytorycznego kontrkandydata, który być może ma inną wizję, ale koniec końców siada razem z nowo wybranym szefem i nie podgryza go w kostki, tylko razem działają na rzecz piłki.


Do wyborów mieli stanąć Cezary Kucharski, Cezary Kulesza, były i inne nazwiska. Nie wystartowali, zamiast tego mamy nieoczekiwaną zmianę miejsc - wymyślonego naprędce kandydata, który nie ma pomysłu, a największym jego atutem jest to, że może stanąć przeciwko Bońkowi i bez konsekwencji brać się z nim za łby, bo w futbolu działa jedynie na zasadzie kaprysu. Swoją drogą to też osobliwa historia w polskich związkach, że kto staje przeciwko obecnej władzy, naraża się później na środowiskowy ostracyzm. Nawet gdyby wyszedł z lawiną sensownych rozwiązań, jego los jest przesądzony. To jednak temat na zupełnie inne opowiadanie.


Wracając do Wojciechowskiego, analogia wyborów związkowych do wyścigu o Biały Dom nasuwa się sama. Ktoś powie, że nie ma sensu, bo świat globalnej polityki nijak ma się do tak błahej sprawy jak futbol, w dodatku w Polsce. Nawet jeśli choć w części to racja, dlaczego psuć coś, co wreszcie ma ręce i nogi?