KSW 36: Palhares, czyli król przeciągniętych dźwigni, który musiał szybko dojrzeć

Sporty walki

W wieku dziewięciu lat pracował po trzynaście godzin dziennie. W wieku czternastu lat został właścicielem farmy, a gdy dostał się na pierwsze zajęcia brazylijskiego jiu-jitsu, od razu poznano się na jego talencie. Nigdy jednak nie zapomniał o rodzinie, którą wspierał. W klatce jest jednak zupełnie inny, czasami wyłącza mu się zdrowy rozsądek, co może kiedyś skończyć się tragicznie. Oto Rousimar Palhares - król przeciągniętych dźwigni i rywal Michała Materli na gali KSW 36.

Palhares (18-7, 15 SUB) - podobnie jak wiele brazylijskich gwiazd w różnych dyscyplinach sportu - nie miał łatwego dzieciństwa, choć postrzeganie brazylijskiego zawodnika czy też sportowca stale się zmienia. Kiedyś każda opowieść rozpoczynałaby się od właśnie od wyjścia takiego chłopaka z faweli, lecz teraz coraz częściej zdarzają się takie przypadki z rodzin średniej klasy. To jednak nie dotyczy Palharesa... Łatwe dzieciństwo to za mało powiedziane, gdyż jego walka zaczęła się dużo wcześniej niż w klatce.

 

Właściciel farmy w wieku czternastu lat

Urodził się w Dores do Indaiá w stanie Minas Gerais - czyli drugim najbardziej zaludnionym w całym kraju. Nie było to dla niego łatwe przeżycie, gdyż - licząc również jego - rodzice musieli zająć się... dziesiątką potomków "Toquinho" wspominał po latach, że czasami po prostu dla kogoś brakowało jedzenia, więc byli zmuszenia do spożywania... karmy dla zwierząt. Rzeczywistość nie była dla niego łaskawa, więc nic dziwnego, że musiał szybko dojrzeć.

- Moja rodzina nie miała za wiele, nawet domu! Wszyscy pracowali na farmie dla kogoś innego. Zwierzęta, kukurydza, kawa, ryż, fasola - to była kompletna farma. Zaczynałem pracę, mając osiem czy dziewięć. Właściciel zrobił mnie menadżerem w wieku 14 lat, ponieważ wszystkiego nauczyłem się od ojca - powiedział.

Praca trwała około trzynaście godzin dziennie, co dla tak młodego chłopaka mogło być śmiertelną dawką. Wstawanie przed wchodem słońca i zasypianie po jego zajściu, do tego brak jakiegokolwiek czasu na zabawę. Szkoła? Nie było na to czasu, bo ktoś musiał przecież pomóc rodzicom w zajmowaniu się dzieciakami. Czas wolny pojawił się dopiero jak ci najmłodsi trochę podrośli. To był początek zainteresowania sportami walki. Palhares zaczął od Capoeiry, a później spróbował swoich sił w karate. Później zobaczył, że pierwsze zajęcia z brazylijskiego jiu-jitsu są darmowe, więc poszedł. I już został. Nauczycielowi tak się spodobało, że zaprosił go na kolejne - także darmowe. Wszystko układało się znakomicie.

 

Gwiazdy w zespole i pierwsza przeciągnięta dźwignia

Palhares ciągle nie mógł skupić się na sporcie, bo musiał pomagać rodzinie. Nigdy nie zamierzał nawet zostać zawodnikiem, lecz jego bliscy zauważyli jego talent i wręcz zmuszali go do rozwoju. W 2005 roku udał się do klubu Brazilian Top Team, gdzie trenowali tacy zawodnicy jak Antonio Rodrigo Nogueira, Antonio Rogerio Nogueira czy też Vitor Belfort. "Toquinho" - który swój przydomek "Pniak" zawdzięcza krępej i mocno umięśnionej budowie - był pod wrażeniem nowego miejsca, że nie potrafił wydobyć z siebie jakiegokolwiek słowa. Trwało to przynajmniej kilkanaście dni. Trzeba przyznać, że nikt z tych wielkich gwiazd nie musiał zwracać uwagi na młodego chłopaka, który pojawił się znikąd, lecz w końcu jednak uśmiechnęło się do niego szczęście. Murilo Bustamante - były mistrz UFC w kategorii średniej - nabawił się urazu i miał nieco więcej czasu na sprawy poza matą.

Po tym, jak Palhares opowiedział mu historię swojego życia, zachęcił go do pokazania swoich umiejętności. To wystarczyło, by go przekonać. Wejście w szeregi Brazilian Top Team zmieniło kompletnie jego życie. Nowi koledzy byli bardzo pomocni, załatwiali mu jedzenie, a za pieniądze - niewielkie, ale jednak - które dostawał za małe walki wspierał rodzinę. Pierwsza zawodowa wygrana przyszła w 2006 roku, kiedy niejednogłośnie na punkty pokonał Bruno Bastosa. Wygrał siedem z dziewięciu pojedynków, co zagwarantowało mu kontrakt z UFC. Sześć starć rozstrzygnął przez poddanie, a jego firmowym zagraniem została popularna "skrętówka". Już w czasach podpisania przez niego umowy z amerykańskim gigantem miał na swoim koncie poważny występek.

 

 


Zacznijmy od tego, iż poza kapitalną grą parterową, ma w sobie coś nieprzewidywalnego, coś, co w klatce potrafi zabrać mu zdolność trzeźwego myślenia. I tak w 2007 roku podczas walki z Helio Dippem juniorem ujawniła się zła natura "Pniaka". Po tym, jak udanie założył rywalowi duszenie zza pleców, ten w końcu "odpłynął", a sędzia przerwał pojedynek. Palhares jednak nie puścił przeciwnika, więc arbiter musiał na siłę go odepchnąć! No cóż, raz się zdarzyło, zawodnik wyciągnie wnioski - takie były pierwsze wnioski. Nic z tego...

 

"Ten gość ma problemy psychiczne"

W 2010 roku Brazylijczyk zmierzył się z Tomaszem Drwalem. Wygrał bardzo szybko, bo w niespełna minutę, a wszystko przez to, iż Polak złapał niekontrolowany poślizg, z czego "Toquinho" skrzętnie skorzystał. "Skrętówka" była na tyle ciasno dopięta, iż Drwal klepał, ale Palhares nie chciał puścić - zrobił to dopiero po kilku sekundach. Nasz zawodnik doznał kontuzji, a jego przeciwnika UFC zawiesiło na 90 dni. W 2013 roku stoczył ostatnią walkę dla amerykańskiej organizacji - co ciekawe ją wygrał, ale to nie miało żadnego znaczenia. Kolejną ofiarą, która doświadczyła przeciągnięcia dźwigni, został Mike Pierce. UFC nie miało litości: zwolniło go i zaznaczyło, że nigdy już go nie zatrudni.

Palhares wylądował więc w World Series of Fighting. Dla tej organizacji stoczył trzy walki i każda kończyła się w kontrowersyjny sposób. Pierwsza przeciągnięta "skrętówka" przeciwko Steve'owi Carlowi była najmniej oczywista - Brazylijczyk został więc nowym mistrzem organizacji. Później przyszła pierwsza obrona pasa i przeciągnięta dźwignia na kolano Jona Fitcha. Obyło się jeszcze bez poważniejszych reperkusji, lecz trzeci - i jak się okazało ostatni - pojedynek przelał czarę goryczy. Przetrzymanie kimury w starciu przeciwko Jake'owi Shieldsowi wywołało wielki ból u przeciwnika, który po zakończeniu walki... uderzył Palharesa. Włodarze federacji mieli go dosyć -  zdyskwalifikowali go na dwa lata i odebrali mu mistrzowski pas.

- Ten gość ma problemy psychiczne i nie powinien być dopuszczony do walki zanim ich nie rozwiąże - powiedział Ali Abdel-Aziz, wiceprezydent WSOF.

 
Teraz przed Brazylijczykiem kolejne wyzwanie, bo walka z Michałem Materlą (23-5, 5 KO, 12 SUB) na pewno takim jest. Polak twierdzi, iż nie może nastawiać się na to, że Palhares będzie chciał mu zrobić krzywdę. "Toquinho" ma kontrakt z KSW na cztery walki i byłoby niemądre z jego strony, gdyby demony przeszłości jednak wróciły.

Jakub Baranowski, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze