Tony Rickardsson, sześciokrotny indywidualny mistrz świata, który oglądał poprzedni turniej GP z uroczej perspektywy trybun Friends Arena, twierdził, że Doyley jest w niesamowitym gazie. Ove Fundin, pięciokrotny król speedwaya, który przybył do Torunia już w piątek, aby z bliska przyjrzeć się treningowi, przypuszczał, że Jason dołoży brakującą cegiełkę do tytułu i nie będzie musiał troszczyć się zanadto o występ na Etihad Stadium w Melbourne. Steve Brandon, floor menedżer pracujący dla BSI/IMG i Sky Sports, przestrzegał na spotkaniu produkcyjnym, że Doyley może założyć złotą koronę już w Grodzie Kopernika. Kangur z Nowej Południowej Walii mierzy w złoto i przed zawodami w Toruniu znajdował się w znakomitej dyspozycji.

 

Teoretycznie mógł wyrównać rekord Rickardssona z 2005 roku. Szwed wygrał wówczas sześć turniejów Speedway Grand Prix, tyle, że ówczesny cykl składał się z dziewięciu, a nie jedenastu  turniejów. Doyley miał w perspektywie dwa występy: w Toruniu i w Melbourne, a więc mógł pokusić się o sześć wygranych w sezonie, ale na własnej skórze przekonał się, że łatwiej jest ścigać konkurentów aniżeli wytyczać szlak. John "The Cowboy" Cook, legendarny amerykański żużlowiec, showman jakich mało, który cudem uniknął kalectwa, był delikatnie pląsającym wsparciem dla wicelidera cyklu - Grega Hancocka. Cook był w parku maszyn na MotoArenie podczas treningu, następnie zacumował na przepięknej toruńskiej starówce, aby obejrzeć sceniczny występ drużynowych wicemistrzów Polski, a w dniu zawodów uroczo gaworzył z Hansem Nielsenem.

 

Grin stracił przodownictwo w mistrzostwach świata po turnieju w Sztokholmie, ale słusznie zauważył, że presja przesunie się teraz na barki Australijczyka. Doyley dysponował pięcioma oczkami przewagi nad Hancockiem, ale musiał zmierzyć się z gigantyczną dozą oczekiwań. Nie każdy może być Napoleonem. Wódz to z jednej strony zaszczyt, ale również kosmiczna odpowiedzialność. Pech chciał, że ciężko pracujący na sukces Doyley upadł na tor już w trzecim wyścigu GP w Toruniu, a lekarze nie mieli radosnych min spoglądając w okolice bandy. Doyley leżał i czuł, że tytuł mistrza świata oddala się niczym centrum Melbourne widziane z perspektywy promu płynącego na Tasmanię...

Odma

Speedway jest przedziwną dyscypliną. Wszystko pasowało Jasonowi, jeździł jak szalony, wyprzedzał rywali jak slalomowe tyczki. Do Torunia przybył opromieniony blaskiem drużynowego mistrza Szwecji z Rosspigarną Hallstavik. Wygrywając trzy turnieje mistrzowskie z rzędu wyrównał osiągnięcie Jasona Crumpa z 2006 roku. Przed dekadą Crumpie siał popłoch we Wrocławiu, Eskilstunie i Cardiff. Doyley wygrywał w Gorzowie Wielkopolskim, Teterow i w Sztokholmie, ale los nie sprzyjał mu w Toruniu. Kiedy wydaje się, że tytuł mistrza świata jest na wyciągnięcie ręki, człowiek zaczyna nasączać głowę tysiącami "chceń" i pojawiają się kłopoty. Nie ma naturalności i spontaniczności, kamera zagląda we wszystkie zakamarki, wkrada się nerwowość, jakżeż niepożądana w takich momentach. Jason miał pecha, bo po przegranym starcie w trzecim wyścigu, chciał ambitnie odrabiać stracony dystans, a że na wejściu w drugi łuk zrobiło się piekielnie ciasno, to dla frunącego po zewnętrznej Doyle'a zabrakło życiodajnej przestrzeni.

 

Gdy Chris Harris, trzykrotny indywidualny mistrz Wielkiej Brytanii walczył jak lew z Australijczykiem, a motocykle były rozpędzone jak legendarny pociąg Ghan, Jason znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Piekielnie mocno uderzył w bandę. Chris Holder, rodak Doyle'a, były mistrz świata z 2012 roku, ruszył z pomocą. Dmuchane bandy są cudownym wynalazkiem, ale nie zawsze zapobiegają kontuzji. Holder doświadczył kataklizmu w Coventry w 2013 roku, więc wie jak groźne potrafią być upadki, które niewinnie wyglądają. Doyley długo leżał na torze, zawody rozgrywano w przepięknej aurze, był ciepły jesienny wieczór, a marzenia o szóstym kangurze, który wskoczy na najwyższy stopień podium przycupnęły w otchłani. Odma, ręka złamana w łokciu, wybity bark... Złowieszcze słowa doktora sprawiły, że Doyley musiał wycofać się z zawodów...

 

Nie ukończył chociażby jednego okrążenia. Nie może frunąć samolotem na Wyspy Brytyjskie, bo przebite płuco uniemożliwia podniebne podróże. Został na obserwacji w toruńskim szpitalu. Pod znakiem zapytania stoi występ Doyle'a w Melbourne. Czasu jest okrutnie mało, bo GP Australii zaplanowano na 22 października. Przelot na drugi kraniec świata jest karkołomnym zabiegiem i nadludzkim wysiłkiem zważywszy na obrażenia jakich doznał w Toruniu Doyley... To chłopak pełen determinacji, więc z pewnością nie wywiesi białej flagi. Brytyjski sędzia prowadzący GP w Toruniu, były zawodnik ścigający się na torach trawiastych - Craig Ackroyd, wykluczył z powtórki Harrisa. Gdy Jason wycofał się z zawodów, swoją szansę otrzymał duet Polaków: Kacper Woryna i Oskar Bober. Kacper, choć zakatarzony, pokonał gorączkę i walczył z całych sił, a lublinianin Oskar Bober, uczeń Zbigniewa Studzińskiego, zauroczony jazdą Bartosza Zmarzlika, zbierał pierwsze szlify. Greg Hancock nie chciał takiego scenariusza, bo lubi wygrywać z rywalem, który jest zdrowy, a nie budować przewagę na nieszczęściu przeciwnika, ale życie jest niezwykle brutalne… Statystycy już wyliczali, że jeżeli Doyley zanotuje kolejny znakomity występ, będzie szóstym Australijczykiem, który sięgnie po złoty medal indywidualnych mistrzostw świata, ale póki co, galeria sław zamyka się listą pięciu nazwisk: Van Praag, Wilkinson, Young, Crump, Holder. I tylko cud ozdrowienia mógłby sprawić, że do tego zacnego zestawu zostanie dopisane nazwisko Doyle...

Profesor Grin

W pierwszą sobotę października Greg Hancock jeździł rewelacyjnie. Czuje się w Toruniu jak u siebie w domu. Znakomite kontakty z Robertem Kościechą, Jackiem Gajewskim, Joanną Sikorską - Kalifornijczyk zakotwiczył w Toruniu, ma tu grono wiernych fanów. Tor nie wygląda jak obiekt w Costa Mesa czy Auburn, ale niezwykłe umiejętności techniczne Hancocka mają kolosalne znaczenie na obiekcie leżącym przy ulicy Pera Jonssona. Grin ścigał się z zębem, imponował przycinkami, wchodził odważnie pod łokieć rywali. Wiedział kiedy pojechać lekko zachowawczo, ale przez większą część wieczoru przypominał szalenie ambitnego człowieka, który chce wyrównać rekord 4 złotych solowych medali Hansa Nielsena.

 

Pomimo nawału obowiązków względem sponsorów, Greg prezentował się wybornie podczas FST Grupa Brokerska GP Torunia. Ostatnimi czasy miał do siebie odrobinę żalu, bo delikatnie szwankował moment startowy, ale na MotoArenie jeden z silnych punktów w repertuarze Hancocka, znów był kluczem do sukcesu. W finale, choć Grin marzył o zwycięstwie, też idealnie wyszedł spod taśmy, ale dalsza część wyścigu przypominała powtórkę z GP w 2013 roku. Wówczas Adrian Miedziński wyprzedził Amerykanina na dystansie. Tym razem uczynił to Niels Kristian Iversen, człowiek pracujący na kilku etatach. Liga angielska, polska, duńska, szwedzka i GP. Puk zna smak medalu, bo był brązowym medalistą mistrzostw świata przed trzema laty, ale w tym sezonie odbija się od ściany. Walczy o minimalne cele: pragnie pozostać w cyklu, a czołowa ósemka zbliżyła się po wygranej Duńczyka w Toruniu. Greg odetchnął z ulgą, gdy minął metę, bo w Australii nie zwykł przegrywać, a ma przewagę 11 oczek nad Doylem, więc sprawa czwartego złotego medalu wydaje się być przesądzona. Choć, speedway nie takie cuda oglądał... Długa podróż z Europy przez Abu Dhabi będzie sprzyjać rozmyślaniom. Todd Wiltshire, brązowy medalista mistrzostw świata na żużlu z 1990 roku z Odsal Stadium w Bradford, zakłada czarodziejski scenariusz, ale o tym cichosza…

Easter żegna się z cyklem

Przepiękny plastron z numerem 1 z rąk Gemmy Fordham, głównej kierowniczki zamieszania w Toruniu, otrzymał James Easter. Były zawodnik, menedżer amerykańskiej kadry, a nade wszystko właściciel biura podróży Travel Plus, nie będzie już podróżował na turnieje GP. Jest w słusznym wieku. Rozmawiał przed laty z Lechem Wałęsą, wysłał w świat tysiące zakochanych w żużlu Anglosasów, zwiedził Nową Zelandię, Australię i najdziksze speedwayowe ostępy. Powiedział pas.

 

Wzruszającą scenę wręczania plastronu obserwował Phil Rising, redaktor naczelny znakomitego tygodnika „Speedway Star”, Hans Nielsen, Ove Fundin, Kelvin Tatum i Nigel Pearson. Pan Wielkanoc powiedział wystarczy. Do Torunia zabrał grupę 300 brytyjskich fanów. W jego ekipie znaleźli się nawet fani z Berwick, a więc ludzie, którzy śpią, żyją i pracują nieopodal Wału Hadriana. Erudyta i obieżyświat James Easter widział jednodniowe finały i turnieje GP. Teraz będzie odpoczywał na Florydzie. Tam, gdzie w grudniu córka Hansa Nielsena – Daisy będzie szlifować umiejętności gry w golfa… Dziękujemy, James. Będzie nam brakować barwnych opowieści z ery romantycznego speedwaya…

Polskie podium

Toruń po raz siódmy gościł uczestników cyklu SGP. Wypełnione trybuny, imprezy obudowujące zawody, przychylny speedwayowi prezydent Michał Zaleski, znakomity tenor z Bydgoszczy – Wiesław Raczkowski śpiewający hymn, fenomenalny spiker brodzący w okowach Monty Pythona – Marcin Pułaczewski, świetny gospodarz obiektu – Marian Filipiak i porywające wyścigi.

 

Począwszy od 2010 roku polski żużlowiec staje na podium GP w Toruniu. Tomasz Gollob wzruszał polskich fanów dojrzałą jazdą w debiucie MotoAreny w mistrzowskim cyklu, a dziś Bartosz Zmarzlik zachwyca odważnymi wejściami pod łokieć zawodników. Tai Woffinden czuje gorący oddech szczecinianina na plecach. Teoretycznie Woffy ma więcej atutów w ręku, bo Australia to jego drugi dom, ale przed GP w Melbourne Brytyjczyk dysponuje zaledwie dwupunktową przewagą nad Zmarzlikiem. Bartosz nie zakładał, że zdobędzie medal w debiutanckim sezonie, ale skoro szczęście jest tak blisko, to czemu nad rzeką Yarra nie spróbować i nie zaatakować pudła?

 

Mark Loram podziwia talent Zmarzlika. Były mechanik Lorama, Morana, Maugera i Harrisa – poczciwy Szkot Norrie Allen z Coatbridge, który kocha przyjeżdżać do Torunia, twierdzi, że Bartosz nie jest gaterem (czytaj startowcem), ale to co wyczynia na dystansie przypomina mu najlepsze lata Loramskiego… Wiele w tym prawdy… Cudny realizm wyobraźni jak powiedziałby Grzegorz Turnau…