Niedzielny mecz przy Alei Unii był wyjątkowy bynajmniej nie z czysto sportowych powodów. Nigdy w historii łódzko-łódzkiej rywalizacji oba zespoły nie były notowane tak nisko w hierarchii polskiego futbolu. Derby Łodzi na czwartym poziomie rozgrywek - to w najczarniejszych snach nie śniło się kibicom w Mieście Włókniarzy jeszcze podczas ostatniego starcia przed czterema laty - kiedy zakończony remisem 1:1 mecz, rozgrywano w ramach Ekstraklasy. A bywały sezony, kiedy to właśnie lokalna rywalizacja decydowała o układzie ligowej tabeli. Tak było chociażby w listopadzie 1997 roku, kiedy wicelider z Alei Unii podejmował lidera z Alei Piłsudskiego. Ostatecznie goście wygrali wówczas 3:2, ale to ŁKS po ostatnim meczu sezonu świętował mistrzostwo Polski. Od tego czasu minęło już jednak blisko 20 lat, a patrząc na rzeczywistość to prawdziwa epoka łódzkiego futbolu.

 

Gospodarze

 

Pod jednym względem spotkanie w zimne, październikowe popołudnie, było podobne do batalii z przeszłości. Po raz pierwszy od dawna obie łódzkie drużyny znajdują się w czołówce tabeli, obie walczą o jedyne premiowane awansem do II ligi miejsce. Przed derbowym starciem większość obserwatorów jako faworyta typowała piłkarzy ŁKS-u. Przede wszystkim dlatego, że w dotychczas rozegranych jedenastu kolejkach, zespół Marcina Pyrdoła wygrał dziewięciokrotnie, notując przy tym dwa remisy. We wszystkich spotkaniach łodzianie stracili zaledwie jedną bramkę, strzelili 24. Obserwując pierwszą połowę trudno było mieć wątpliwości, czy poprawią ten efektowny dorobek. Prowadzenie 1:0 po golu Jewhena Radionowa i całkowite zdominowanie bezradnego rywala, musiało zadowolić spragnionych sukcesu kibiców. Do szatni gospodarze schodzili z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i z przekonaniem, że po zmianie stron postawią w derbowym starciu kropkę nad "i".

 

 

Goście

 

Zgoła odmienny nastrój musiał panować w szatni przyjezdnych. Oni o pierwszej połowie musieli jak najszybciej zapomnieć. - To, co w szatni, zostaje w szatni - odpowiadał po meczu trener Widzewa Marcin Płuska zapytany, co powiedział swoim piłkarzom przed drugą częścią gry. Niezależnie od tego, co to było, zadziałało błyskawicznie. Widzewiacy w niespełna 20 minut wyszli na prowadzenie, a strzelcy goli: Daniel Mąka i Mateusz Michalski mogli w tym czasie pokusić się o kolejne trafienia. I gdyby nie lekkomyślne dwie żółte kartki Kamila Tlagi, gości trudno byłoby pewnie powstrzymać. A tak, broniąc się w dziesiątkę, stracili wyrównującą bramkę w doliczonym czasie gry po strzale Maksyma Kowala. Podobnie jak przed tygodniem w Białymstoku, w rywalizacji z rezerwami Jagiellonii. Praca nad "widzewskim charakterem" to z pewnością zadanie dla sztabu szkoleniowego na najbliższe tygodnie.

 

 

Kibice

 

Przy okazji choć skromnego, to jednak święta łódzkiej piłki, trzeba  wspomnieć o tych, dla których w ogóle piłkarze wybiegają na boisko. Bo w tym przypadku, to nie niski, trzecioligowy poziom okazał się największym rozczarowaniem derbowej potyczki. A kibice. Zarówno gospodarzy, niemal szczelnie wypełniający trybunę Stadionu Miejskiego, jak i gości, którzy decyzją władz miasta, na obiekt nie zostali wpuszczeni. Bo jak ocenić postawę fanów, którzy przez 93 minuty koncentrują się głównie nie na wsparciu swojej drużyny, a na ubliżaniu graczom rywala. Czy tych, którzy zamiast trzymać kciuki za zespół, próbują przedrzeć się w okolice stadionu, ścierając się z policją i wzbudzając przerażenie niezainteresowanych derbowymi emocjami mieszkańców Łodzi?

 

 

Byle do wiosny

 

Po ostatnim gwizdku Pawła Raczkowskiego, międzynarodowego arbitra, specjalnie na to spotkanie oddelegowanego do III ligi, z lekką ulgą mogli chyba odetchnąć wszyscy. - Strzelając gola w końcówce, trzeba uszanować wywalczony punkt – trener Pyrdoł najlepiej ocenił nastroje w ekipie gospodarzy. Goście, choć stracili dwa punkty w ostatnich sekundach, remis na gorącym terenie przed meczem wzięliby w ciemno. Kolejne derby wiosną, na nowym stadionie przy Alei Piłsudskiego. Kto wie, czy nie ostatnie na następnych kilka lat. Jeśli bowiem spełnią się marzenia i zapowiedzi łódzkich działaczy, jedna z drużyn za rok będzie już walczyła o awans do I ligi. Dlatego może warto, aby nie tylko piłkarze sumiennie przygotowali się do kolejnego łódzko-łódzkiego starcia o punkty. Tak, aby po jego zakończeniu, można go było wspominać jako prawdziwe, sportowe święto miasta.