PAP: Oglądała pani już wyścig z Rio de Janeiro, w którym razem z Karoliną Nają zdobyła pani swój trzeci medal olimpijski w kajakowej rywalizacji K2-500 m?

 

Beata Mikołajczyk: Oglądałam w urywkach w różnych szkołach, w których się pojawiam i gdzie promuję kajakarstwo i zdrowy styl życia. Emocje zawsze wracają.

 

Trzecie igrzyska, trzeci medal. Pierwszy - srebrny - wywalczyła pani w Pekinie razem z Anetą Konieczną. Dwa ostatnie - brązowe - z Nają. Czy ma pani już jakieś miejsce dla nich?

 

Pierwszy trafił najpierw do Galerii Sportu w Bydgoszczy. Każdy mógł przyjść i go obejrzeć. Gdy chciałam go odebrać, powiedziano mi, że jak z Londynu przywiozę krążek, to wtedy zostawię ten najnowszy i będę mogła zabrać pekiński. I tak się stało... Tak naprawdę żaden z tych medali nie ma jeszcze swojego miejsca, na razie wszędzie ze mną jeżdżą i się nimi chwalę. Mam trzy wiosła obwieszone nagrodami.

 

Podobno planuje pani przerwę macierzyńską. To prawda?

 

To ciekawe informacje. Nie zdradziłam tego jeszcze nigdzie. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę. Jadę na wakacje, chcę nabrać do wszystkiego dystansu, odpocząć i w spokoju zastanowić się nad swoją przyszłością. Jestem już po wstępnych rozmowach z trenerem Tomaszem Krykiem, bo trzeba pamiętać, że kontynuowanie kariery sportowej to nie tylko moje dobre chęci, ale także innych ludzi i czy widzą we mnie dalej potencjał. Co będzie? Tego jeszcze nie wiem. Nie ukrywam jednak, że Tokio mnie kusi i to bardzo.

 

Wyobraża sobie pani po przerwie macierzyńskiej wrócić do wyczynowego uprawiania sportu?

 

Tak. Na pewno jednak nie wyobrażam sobie, żeby takiej rodziny nie stworzyć, nawet wówczas, jeśli podejmę decyzję, że chcę jeszcze trenować do kolejnych igrzysk w Tokio. Dla sportu zrobiłam bardzo dużo. Zdobyłam trzy medale olimpijskie. Nie chciałabym jakiegoś momentu przegapić, bo nic nie jest tak ważne jak rodzina, a gonitwa za czwartym medalem i czwartymi igrzyskami to oczywiście też coś wielkiego, ale nie chciałabym przegapić momentu, w którym można zostać mamą. Jeżeli odważę się i podejmę ryzyko, by walczyć o wyjazd do Tokio, to myślę, że gdzieś pojawi się przerwa na dziecko. Mam już trochę lat i wszyscy o tym mi przypominają.

 

Mówi pani, że zachęca teraz dzieciaki do uprawiania kajakarstwa. To trudne zadanie?

 

Zachęcanie do jakiegokolwiek sportu to trudne zadanie, bo teraz młodzież jest trochę inaczej wychowywana, a rodzice na inne aspekty kładą nacisk. Dzieci mają dużo zajęć, dużo się uczą. Niestety także często pierwszym pytaniem jakie słyszę od nich, to ile będę zarabiać. Nie w tą stronę powinno to iść. Jak jest medal, to za metą jest wszystko, ale najpierw trzeba tam dotrzeć. A tak naprawdę chodzi o to, ile człowiek przeżyje, jakich ludzi pozna i miejsca zobaczy.

 

Ostatnio dużo mówiło się o przemęczeniu organizmu u sportowców, rozkładano na części pierwsze przypadek siatkarza Bartosza Kurka, który wyznał, że jest wypalony i potrzebuje odpoczynku. Pani też ma czasami dość?

 

Kajakarstwo to nie sport drużynowy. Nami media interesują się raz na cztery lata przy okazji igrzysk. Nasza dyscyplina jest mało popularna i my na co dzień presji nie czujemy. Teraz wszyscy naciskają na moje czwarte igrzyska. A co będzie jeśli Beata Mikołajczyk pojedzie do Tokio i nie zdobędzie czwartego z rzędu medalu? Jak to zostanie ocenione? Musimy pamiętać, że sportowiec to nie maszyna. Na razie psychika mi się nie wypaliła, bo trenujemy w ciszy i spokoju. Nas media nie ruszają. Reflektory i flesze skierowane są w innym kierunku, a mi się to podoba.

 

Czyli nie jest pani rozpoznawalna?

 

W Bydgoszczy jestem, ale w Polsce nie. Mogę zatem się spokojnie przechadzać. Robię to dla siebie, dla rodziny i dla kibiców, którzy są z nami jak jest dobrze, ale też jak jest źle.

 

Trzy razy startowała pani w igrzyskach, trzy razy wróciła pani z medalem. Czy jak była pani w finale w Rio odczucia były inne niż cztery czy osiem lat wcześniej?

 

Oczywiście, że tak. Już po medalu w Pekinie w 2008 roku wiedziałam, że ja nic nie muszę. Po sukcesie w Londynie dotarło do mnie, że dla kajakarstwa zrobiłam już bardzo dużo. Jak byłam w finale w Rio, byłam najbardziej wyluzowana. Serce biło już tak, jakbym siedziała w fotelu w pokoju. Nie stresowałam się w ogóle.

 

Ma pani srebro i dwa brązowe medale. Śni się pani olimpijskie złoto?

 

Jak każdy sportowiec - chciałabym być złota.

 

Bez względu na to, kiedy zakończy pani karierę - myśli pani już o tym, co będzie później?

 

Skończyłam studia magisterskie i chciałabym iść na podyplomowe z zarządzania sportem. Mam też papiery zrobione, by zostać trenerem i nie wykluczam takiej opcji. Zawsze rodzice mi wpajali, że sport to tylko przygoda i trzeba mieć plan B. Kształciłam się, robiłam różne kursy. Chyba wolałabym jednak pomagać zza biurka, może w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy.