Wielu amerykańskich ekspertów twierdzi, że Wielki Ali narodził w 1964 roku, gdy pokonał w Miami Sonny Listona. Zaczynał tamtą walkę jako dzieciak, którego skazywano na porażkę, kończył jako nowy mistrz świata. Miał zaledwie 22 lata i wszystko przed sobą.

 

A przecież niewiele brakowało, by do tego pojedynku nie doszło, gdy okazało się, że Cassius Clay, bo takie było jego prawdziwe nazwisko, związał się z Narodem Islamu, o czym w wywiadzie dla "Miami Herald" poinformował ojciec pięściarza. Zażądano, by ten sprostował informację, ale reakcja była zdecydowana. - Nie mam czego prostować, jestem muzułmaninem - miał odpowiedzieć Clay junior. Postawił wszystkich pod ścianą i ustąpili.

 

Był rok 1964. Kilka miesięcy wcześniej zastrzelono Johna Kennedy'ego, rozpętała się wojna w Wietnamie, budziła się czarna Ameryka – pisał Robert Lipsyte, znany amerykański dziennikarz, laureat nagrody Pulitzera.

 

Ali po wygranej z Listonem przyznał na konferencji prasowej, że nie jest już chrześcijaninem. - Wiem dokąd zmierzam. Nie muszę być tym, kim chcecie. Jestem wolny i mogę być tym kim chcę – mówił pewnym głosem patrząc wstrząśniętym dziennikarzom prosto w oczy.

 

Już wtedy potrafił wykorzystywać media, jak nikt inny przed nim. Grał jednak z nimi na swoich zasadach, bo nie chciał być dobrym żołnierzem amerykańskiej demokracji na wzór Joe Louisa, swojego wielkiego poprzednika na tronie wagi ciężkiej.

 

W Polsce usłyszeliśmy o Clayu ponad pół wieku temu za sprawą jego finałowej walki ze Zbigniewem Pietrzykowskim na igrzyskach w Rzymie (1960). Miał zaledwie 18 lat i jak najbardziej zasłużenie pokonał trzykrotnego wtedy mistrza Europy

 

- Już wtedy był wybitny, nie sposób było go trafić. A przy tym sam bił od niechcenia, szybko, kąśliwie i boleśnie - wspominał Pietrzykowski w rozmowie z "Rz" którą przeprowadziłem z nim przed laty.

 

Ali był pierwszym, który pokazał, że samemu można skutecznie promować walki. Jego słynne: będę latał jak motyl, żądlił jak pszczoła - to już klasyka. Był urodzonym aktorem, bawił się z rywalami przed walkami, jak kot z myszą. Obrażał, szydził, wymyślał słowne kalambury. Z Listona zrobił „Brzydkiego Niedźwiedzia”,  podobnie potraktował Joe Fraziera, którego nazwał Gorylem przed ich kolejną walką, w Quezon City. Nic dziwnego, że "Smokin' Joe" czuł do niego niechęć do końca życia, choć nigdy nie odmawiał mu umiejętności bokserskich.

 

O Foremanie, już w Kinszasie, przed słynną "Rumble in the Jungle" (Grzmoty w dżungli) napisał wierszyk: jego ręce nie mogą uderzyć w to, czego oko zobaczyć nie zdoła. Teraz mnie widzisz, a teraz nie. George myśli, że zdoła, ale ja wiem, że nie podoła.

 

I Foreman nie podołał, przegrał przez nokaut.

 

Odmawiając służby wojskowej i wyjazdu do Wietnamu w 1967 roku ryzykował wszystkim, co wcześniej zdobył, więzieniem też. Stracił tytuł mistrzowski, odebrano mu paszport i licencję bokserską. Był atakowany ze wszystkich stron, a jego przyszłość stanęła  pod wielkim znakiem zapytania, gdy na konferencji prasowej, odmawiając służby wojskowej mówił całej Ameryce prosto w oczy: Nie mam nic do Wietkongu - co następnego dnia cytowały  wszystkie największe gazety.

 

Ci, którzy go znali twierdzili, że okres banicji zniszczył dawnego Alego, nie był już w ringu tak lotny, jak kiedyś, przyjmował znacznie więcej ciosów. Ale prawdą jest, że powrót był dla niego zbawienny pod względem finansowym, za pierwszy, dziesięciorundowy pojedynek z Jerrym  Quarrym w Atlancie dostał więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

 

Banicja trwała 3,5 roku, po niej stoczył najgłośniejsze walki. Trzy razy bił się z niepokonanym wtedy Joe Frazierem, później z Kenem Nortonem (dwukrotnie)  i George’em Foremanem w Kinszasie.

 

Transmisja telewizyjna z Zairu, rządzonego przez krwawego dyktatora Mobutu Sese Seko, dotarła również do komunistycznej Polski. Walkę w samym sercu Afryki wymyślił Don King, przyszły król promotorów. Ali i Foreman otrzymali gigantyczne jak na owe czasy honoraria, po 5 mln dolarów. Pojedynek zaczynał się o 4 rano miejscowego czasu by w USA  mógł mieć możliwie najwyższą oglądalność. Niepokonany Foreman,  którego zwycięstwo w tym najgłośniejszym na owe czasy pojedynku obstawiali bukmacherzy i fachowcy, został znokautowany.

 

To był ciekawy rok, najpierw Richard Nixon zrezygnował z prezydentury, a teraz Ali odzyskał mistrzowski tytuł. Po latach znokautowany w Kinszasie Foreman i jego pogromca byli bohaterami gali rozdania Oscarów. W kategorii film dokumentalny zwyciężył obraz Leona Gasta (When Were The Kings, Kiedy byliśmy królami) pokazujący kulisy legendarnego pojedynku. Gdy Ali, cierpiący już na chorobę Parkinsona, wchodząc na scenę wspierał się na ramieniu Foremana, wszyscy wstali z miejsc i rozległy się długo niemilknące brawa.

 

Wielki mistrz swój ostatni pojedynek stoczył  11 grudnia 1981 roku, z Trevorem Berbickiem na Bahamach. Przegrał na punkty będąc cieniem tego, który tak długo zachwycał  nie tylko bokserski świat.

 

Na miłość białej Ameryki czekał jednak latami. W 1996 roku, gdy drżącą ręką zapalał znicz na igrzyskach w Atlancie, o jego chorobie wiedział już cały świat. Ludzie wiwatowali na jego cześć i płakali.  Byłem tam i widząc ten uduchowiony tłum odniosłem wrażenie, że im Ali jest słabszy, kochają go bardziej. Później widziałem go jeszcze na kolejnych igrzyskach w Sydney i miesiąc później, 20 października 2000 roku, w The Palace w Auburn Hills pod Detroit, gdzie miałem go na wyciągnięcie ręki. Komentowałem tam dla TVP niesławny pojedynek Andrzeja Gołoty z Mikiem Tysonem zakończony ucieczką Polaka z ringu. Córka Muhammada, Laila Ali, walczyła wcześniej. Patrzyłem kątem oka na jej sławnego ojca, wyglądał na nieobecnego, lecz gdy tylko ogłoszono kolejne zwycięstwo niezwyciężonej Laili,  nagle się ożywił. Był wyraźnie wzruszony i chyba nawet lekko się uśmiechnął.

 

Mówił o sobie: Jestem największy, The Greatest. Miał rację, nie było w tych słowach  cienia przesady, choć bywało przecież, że przesadzał.