Stawką w tym pojedynku będzie pas WBO wagi półśredniej należący teraz Amerykanina, ale wcześniej był to przecież jeden z wielu tytułów będących w posiadaniu Filipińczyka, mistrza świata ośmiu kategorii wagowych.

 

Kiedy kilka miesięcy temu Manny Pacquiao (58-6-2, 38 KO) został wybrany w swoim kraju do Senatu wydawało się, że na ring już nie wróci i ostatecznie pożegna się z boksem. Ale jego promotor, Bob Arum wiedział co mówi, gdy powtarzał, że wszystko jeszcze możliwe. I miał rację. Manny wraca.

 

Filipińczyk, to wciąż kura znosząca złote jaja. Z danych Forbesa wynika, że jego walki w systemie pay per view (18,4 mln sprzedanych przyłączy) przyniosły dochód 1,2 mld dolarów, z czego on sam zarobił około pół miliarda. Wydawać by się mogło, że taki majątek zapewni życie w komforcie jemu i jego dzieciom, ale widocznie potrzeby finansowe „Pacmana” są tak duże, że znów zmuszony jest wyjść do ringu. Zresztą on tego nie ukrywa mówiąc, że potrzebuje pieniędzy, a pensja senatora, to za mało.

 

– Boks zawsze był głównym źródłem mych przychodów i nic się nie zmieniło – powiedział dziennikarzom, gdy zapytali dlaczego wraca.

Inna sprawa, że jego ostatni, trzeci pojedynek, z Timem Bradleyem sprzedał się słabo, więc zachodzi uzasadniona obawa, że ten z Vargasem też nie przyniesie wielkich zysków.

 

Ale 84 letni Bob Arum jak zawsze jest optymistą. Ma świadomość, że Jessie Vargas (27-1, 10 KO) jest na tyle dobrym pięściarzem, by stworzyć wspólnie z Pacquiao ciekawe widowisko, a ryzyko, że pokona „Pacmana” nie jest przy tym zbyt duże. To ważne w tym biznesie, bowiem wygrana filipińskiego senatora otworzyłaby mu drzwi do kolejnych, znacznie ciekawszych, z finansowego punktu widzenia, pojedynków.

 

Pięściarza urodzonego w Los Angeles nie można jednak skreślać przed pierwszym gongiem, bo ma argumenty, które mogą zakończyć karierę Pacquiao. Każdy, kto widział jego ubiegłoroczny pojedynek z Bradleyem pamięta co się wydarzyło pod koniec 12 rundy, gdy potężny prawy Vargasa wstrząsnął rywalem. I kto wie, co by było, gdyby sędzia nie zatrzymał błędnie walki zbyt wcześnie.

 

Pamiętajmy też, że 27 letni Vargas jest dziesięć lat młodszy od „Pacmana”, 12,5 cm wyższy i ma o 10 cm większy zasięg ramion. W karierze przegrał tylko raz, po wyrównanej walce z Bradleyem, potrafi mocno uderzyć, co pokazał właśnie w starciu z „Pustynną Burzą” i co zrozumiałe jest głodny wielkiego sukcesu. Gdyby zakończył karierę filipińskiego senatora przeszedłby do historii, co do tego nie ma wątpliwości.

 

Trudność tego zadania będzie polegać jednak na tym, że Pacquiao wciąż jest wielki. I choć od siedmiu lat nikogo nie znokautował, to wygrać z nim nie będzie łatwo. Myślę, że będzie szybszy od Vargasa, co przeważy szalę na jego korzyść. Jedyna wątpliwość związana jest z faktem, że tym razem przygotowywał się na Filipinach dzieląc czas między senatorskie obowiązki i treningi. Ci, którzy je widzieli twierdzą, że Manny Pacquiao bije w treningowy worek jak za swych najlepszych czasów, ale worek nie oddaje ciosów, a Vargas będzie oddawał.