Pindera o walce Kowaliow - Ward: Wyszarpane zwycięstwo

Sporty walki

Siergiej Kowaliow mówi, że to zła decyzja i można go zrozumieć. Z drugiej jednak strony jednogłośny werdykt przyznający wygraną Andre Wardowi trudno nazwać oszustwem.

Panowie Burt Clements z Reno, John McKaie z Nowego Jorku i Glen Trowbridge z Las Vegas punktowali zgodnie: 114:113 dla Warda, a to oznaczało, że Rosjanin traci mistrzowskie pasy organizacji WBA, IBF, WBO w wadze półciężkiej.

 

Czy słusznie? Pole do dyskusji jest szerokie. Po czterech rundach wydawało się, że Kowaliow wygra ten pojedynek zdecydowanie, a mistrz olimpijski z Aten (2004) i były już król wagi superśredniej, zejdzie z ringu pokonany, po raz pierwszy od 19 lat.

 

Andre Ward już w pierwszym starciu poczuł siłę uderzeń Kowaliowa (lewy prosty Rosjanina mocno nim wstrząsnął) i walczył ostrożnie. W drugim było jeszcze gorzej, po akcji prawy na prawy, Amerykanin wylądował na deskach i w tym momencie zapewne nie brakowało takich, którzy liczyli, że „Krusher” zgodnie z zapowiedziami skończy ten pojedynek przed czasem.

 

Po piątej rundzie, którą wreszcie wygrał pięściarz z Oakland przewaga Kowaliowa wciąż była bardzo wysoka, tym bardziej, że kolejne, szóste starcie, też należało zapisać na jego korzyść. Było jasne, że jeśli Ward myśli jeszcze o zwycięstwie musi wygrywać pozostałe rundy.

 

Dużą rolę odegrał jego trener, Virgil Hunter, który bardzo mądrze motywował go w tej fazie walki. Podkreślał, że wszystko jeszcze możliwe, że rywal jest już zmęczony itd. Niby nic wielkiego, ale z pewnością dodało Wardowi wiary, miał przecież świadomość, że przegrywa i to wysoko.

 

Nie był w stanie toczyć z Rosjaninem otwartej wojny. Nogi Amerykanina nie są już takie jak kiedyś, szczególnie w konfrontacji z kimś tak szybkim, tak dobrze czującym dystans jak Kowaliow i to było widać od początku tego pojedynku. Stąd te klincze, na pograniczu faulu, najskuteczniejsza broń  Warda. Wymęczył nimi obrońcę tytułów, zwolnił jego nogi i mógł szukać swojej szansy w bliskim półdystansie.

 

W drugiej połowie walki Rosjanin był zmęczony, miał rację Hunter bez przerwy powtarzając to swojemu pięściarzowi. A ten wyszarpywał kolejne rundy z podziwu godną determinacją.

 

Jak walczysz z ostatnim amerykańskim mistrzem olimpijskim, niepokonanym prawie dwadzieścia lat, na amerykańskiej ziemi, a w ringu masz amerykańskiego sędziego i trzech amerykańskich punktowych, to nie możesz liczyć, że wyrównane rundy pójdą dla mistrza świata. To tak nie działa. Zresztą zasada, że musisz wyraźnie pokonać mistrza nie istnieje. Musisz wygrywać rundy, a ponieważ nie ma remisowych, to trzeba je wyrwać, wyszarpać i wierzyć, że sędziowie będą wtedy po twojej stronie.

 

Dlatego mając te wszystkie okoliczności na uwadze, tak właśnie punktowałem na swój prywatny użytek i wyszło mi, że od siódmej rundy, wszystkie były dla Warda. Ale kilka z nich mogły iść z równym powodzeniem w stronę Kowaliowa. I wówczas zachowałby mistrzowskie pasy.

 

W takiej walce jak ta statystyki ciosów nie mają większego znaczenia i nie są żadnym argumentem. Można przecież dostać lanie w pięciu rundach, wygrać o włos pozostałe siedem i zostać zwycięzcą. Nie ma też znaczenia, kto ma bardziej porozbijaną twarz, nie o to chodzi w zawodowym boksie.

 

114:113 dla Warda to punktacja kontrowersyjna, ale na pewno nie skandaliczna, być może uczciwszy byłby werdykt przyznający zwycięstwo Rosjaninowi bo bardziej na nie zasłużył, ale trochę na własne życzenie dał sobie je wyrwać z rąk.

 

Na szczęście w kontrakcie jest zapis o rewanżu. Oby doszło do niego jak najszybciej, choć prawdopodobnie Andre Ward nie będzie się śpieszył.  Poczuł bowiem na własnej skórze jak dobry jest Siergiej Kowaliow.

Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze