Idol z dzieciństwa

 

Gdybym miał mówić o największych piłkarzach od początku XXI wieku nie wymieniłbym ani Lionela Messiego, ani Cristiano Ronaldo. Pierwsze skrzypce w tym zestawieniu grali by zawodnicy piszący nieco inne historie (oczywiście nie ujmując wspomnianym wirtuozom futbolu, którzy swoimi umiejętnościami są na zupełnie innej planecie). Steven Gerrard, Carles Puyol, Paolo Maldini, Francesco Totti -  absolutna czołówka.

 

O takich piłkarzach, jak Gerrard pamiętać się będzie latami. I nie dlatego, że są najlepsi technicznie, najszybsi, czy też najdrożsi. On nigdy takim zawodnikiem nie był. Na swoją markę musiał pracować latami. Oczywiście nie można powiedzieć, że nie miał talentu do piłki, gdyż w innym wypadku nie grałby na tak wysokim poziomie. Zawsze świetnie przygotowany fizycznie, pewny siebie. Dodatkowo posiadał coś czym zachwycał przez lata, a mianowicie niezwykle ułożoną prawą nogę. Jednym słowem jak odpalił, to nie było co zbierać. I tym zachwycał przez 17 lat występów w pierwszej drużynie Liverpoolu. 

 

 

Mógł grać na każdej pozycji w formacji pomocy. W pamiętnym sezonie 2004/2005 występował na prawej flance. Wszystkim kojarzył się raczej ze środkiem drugiej linii. Sam Ian Rush powiedział kiedyś: ”Jest wielkim piłkarzem na prawej stronie pomocy, dobrym na lewej i efektywnym na każdej innej pozycji. W środku jest jednak najlepszy i to cała różnica”. Te słowa świetnie opisywały Anglika, bo to środek był jego królestwem.

 

W Liverpoolu kochali go wszyscy z ”czerwonej” części miasta. Nawet kiedy potknął się w pamiętnym meczu z Chelsea w 2014 roku i przekreślił marzenia o zwycięstwie w PL nie linczowano go. Był legendą, był kapitanem potrafił to przyjąć na klatę i iść dalej.

 

Serce pozostawione na Anfield

 

Pod tym tytułem wyszła autobiografia Gerrarda. Nie można się dziwić, bo Anglik był piłkarzem starego typu, takim który za swój klub oddałby życie. Sam kiedyś powiedział: ”Przetnijmy moją skórę, a zobaczymy czerwoną krew Liverpoolu” . Teraz takich ze świeca szukać. Ci co się ostali, jak Totti mają już bliżej do sportowej emerytury.

 

Gerrard wychował się w dzielnicy Huyton jedenaście kilometów od stadionu i od dziecka jego marzeniem była gra dla Liverpoolu. Na Anfield przyszedł w wieku siedmiu lat i wyróżniał się już w drużynach młodzieżowych. W pikę grał wszędzie i o każdej porze, co przyniosło mu również wiele kłopotów. W młodości po jednej z podwórkowych gierek doznał poważnego urazu. W jego stopie utkwiły… widły pozostawione w krzakach, z których próbował wydostać futbolówkę. Było blisko amputacji palca, a nawet przekreślenia szans na dalszą karierę. Na całe szczęście wyszedł z tego bez większego szwanku.

 

Pierwszym, który dostrzegł talent młodego Stevena był Gerard Houllier. Francuz dał mu szansę występu w pierwszej drużynie i podobnie, jak sukces LFC z 2005 roku, także i geniusz Anglika, można w jakimś stopniu przypisać Houllierowi, mimo że szkoleniowiec zrezygnował rok przed triumfem w Lidze Mistrzów.

 

Swój oficjalny debiut zaliczył 29 listopada 1998 roku w starciu z Blackburn Rovers. Sezon później występował już regularnie notując trafienie oraz czerwoną kartkę. Premierowego gola strzelił w starciu z Sheffield Wednesday. Pierwszy raz wyleciał z boiska, jakżeby inaczej, w swoich debiutanckich derbach z Evertonem. Z roku na rok grał coraz więcej oraz częściej zdobywał bramki.

 

 

Sezon życia

 

Kampania 2004/2005 mogła się dla Liverpoolu w Lidze Mistrzów zakończyć szybciej niż się zaczęła, gdyż przed ostatnim spotkaniem grupowym z Olympiakosem Pireus ”The Reds” potrzebowali zwycięstwa różnicą dwóch goli. W innym wypadku nie przeszli by do fazy pucharowej. W końcówce wynik 3:1 zapewnił właśnie Gerrard.

 

O tym co się działo pamiętnego wieczora 25 maja na stadionie w Stambule można napisać tomy książek. Najlepszy finał w historii rozgrywek rozpoczął się fatalnie dla LFC. Wynik 0:3 zwiastował szybką porażkę i ostateczny triumf Milanu. Wtedy jednak obudziły się wszystkie cechy prawdziwego kapitana. Gerrard zdobył bramkę kontaktową, a drużynę potrafił natchnąć do tego stopnia, że odrobiła straty i w rzutach karnych rozstrzygnęła losy finału. W końcu spełniło się to na co czekał od najmłodszych lat, to czego od zawsze pragnął, o czym marzył przechodząc obok Anfield. Z ukochanym klubem sięgnął po najważniejsze trofeum w Europie.  

 

Steven Gerrard podnosi puchar Ligi Mistrzów w Stambule.

 

Patrząc kilka lat wstecz można pomyśleć, że tamten Liverpool lubił takie dramatyczne spotkania. W 2001 roku w finale Pucharu UEFA z Deportivo Alaves było 5:4 po dogrywce dla Anglików. Również jednego z goli strzelił, wtedy 21-letni Gerrard.  Cały okres lat 2001-2006 przyniósł mu dziesięć trofeów. Jedno dołożył jeszcze w 2012 roku, ale tego, o którym marzył przez całą karierę nie udało się zdobyć.

 

"Upadek" i koniec marzeń

 

To co w piłce nożnej jest najwspanialsze, to jej nieprzewidywalność. Taki był też sezon 2013/2014. Liverpool przewodził w tabeli na kilka kolejek przed końcem rozgrywek. Prowadzona wtedy przez Brendana Rodgersa ekipa pokazywała niezły futbol, na szesnaście meczów w lidze wygrała 14, a dwa zremisowała. Mistrzostwo było na wyciągnięcie ręki, ale za plecami znajdował się Manchester City.

 

W terminarzu były jeszcze trzy mecze z Chelsea, Crystal Palace i Newcastle. Przez pierwsze 48 minut pierwszej połowy to LFC przeważał. I wtedy zdarzyło się coś, co w pamięci fanów ”The Reds” utkwiło chyba już na zawsze. Arbiter główny zbierał się do zakończenia pierwszej części,  a piłkę na własnej połowie miał Gerrard, który cofnął się by ją rozegrać. Nagle fatalnie się potknął, futbolówkę przejął Demba Ba, pognał na bramkę i wykorzystał sytuację. Ostatecznie Chelsea wygrała 2:0, ale szanse nadal pozostawały.

 

 

Następnym rywalem było Crystal Palace. Do 79. minuty szło rewelacyjnie. 3:0 i pełna kontrola na boisku. Kolejnych 10 minut nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Liverpool przeżył to co Milan dziewięć lat wcześniej. Remis 3:3 praktycznie pozbawił szans na wygranie Premier League, a niewykorzystana szansa oraz upadek śnią się Gerrardowi zapewne do dziś. – Nie ma dnia, w którym nie myślę o tym, co by się stało, gdybym wtedy się nie przewrócił. Ten koszmar zostanie ze mną na zawsze – stwierdził niegdyś kapitan.     

 

Ostatnie lata na Anfield nie były już tak elektryzujące i legenda postanowiła opuścić Merseyside. Wybór padł na Stany Zjednoczone i Los Angeles Galaxy. Wyjazd w celach zarobkowych uszanować potrafili przede wszystkim kibice, dla których sam zawodnik był ”nie do ruszenia”. Dla LA rozegrał 34 spotkania i strzelił 5 goli. Po zakończeniu kontraktu przyszły kolejne oferty, nawet z takich klubów jak Inter Mediolan. 36-latek zdecydował się jednak zawiesić buty na kołku.

 

Lata gry na Anfield pokazały, jak mocne może być przywiązanie do jednego klubu. Gerrard potrafił odmówić Manchesterowi City, Chelsea, ale również innym europejskim potentatom. Za to kochają go w Liverpoolu, tam jest idolem, legendą, bohaterem. Stworzył historię pod niezły film, od chłopaczka z zachwytem spoglądającym na ”The Reds”, do kapitana tej drużyny. Dla LFC rozegrał 504 mecze, zdobył 120 bramek i mimo, że w Liverpoolu swoje pożegnanie już miał to do piosenki ”You'll Never Walk Alone” wracał będzie zapewne do końca życia.