To był niesamowity, długi  bokserski wieczór  w wypełnionej do ostatniego miejsca Manchester Arena. 21 tysięcy widzów nie ma prawa narzekać, dostali to czego chcieli. Były świetne, emocjonujące walki, był Michael Buffer oraz zapowiadane przez niego grzmoty i pioruny.

 

Każdy pojedynek miał swoją historię. Hosea Burton stracił pas mistrza Wielkiej Brytanii w wadze półciężkiej w samej końcówce pojedynku z Frankiem Buglionim, a Callum Smith, moim zdaniem przyszły mistrz świata wagi superśredniej, ciężko znokautował ambitnego Luke’a Blackledge’a.

 

Podobnie potraktował Meksykanina Jose Cayetano były czempion Scott Quigg. Emocji nie brakowało też w starciu nowego, brytyjskiego mistrza świata wagi super muszej Chalida Yafai, a już to co pokazali Dereck Chisora z Dillianem Whytem w wadze ciężkiej, to temat na osobne, epickie opowiadanie.

 

Dawno nie widziałem takiej ringowej wojny. Obaj się szczerze nienawidzą, do tego stopnia, że Chisora podczas konferencji prasowej rzucił w Whyte’a stołem, za co zapłaci 25 tysięcy funtów kary. Ale gdy przyszło do walki, bili się uczciwie, bez fauli, z szacunkiem lecz bez taryfy ulgowej. Była to wojna na śmierć i życie, ostatecznie sędziowie wypunktowali 2:1 wygraną Dilliana Whyte’a choć bardziej sprawiedliwy byłby remis.

 

Ale na koniec i tak było to co najważniejsze: występ mega gwiazdy brytyjskiego boksu Anthony’ego Joshuy, który bronił mistrzowskiego pasa IBF w wadze ciężkiej  z Amerykaninem Erikiem Moliną. A wokół ringu między innymi Władimir Kliczko, David Haye, Tony Bellew.

 

Jeśli ktoś liczył na sensację, to znaczy że wciąż nie wierzy w możliwości złotego medalisty igrzysk olimpijskich w Londynie (2012). Eric Molina może znokautować 40 letniego Tomasza Adamka, ale wynik konfrontacji z kimś takim jak Joshua mógł być tylko jeden. Teksańczyk to wprawdzie kawał chłopa, ale  przy blisko dwumetrowym, składającym się z samych mięśni mistrzu organizacji IBF nie prezentował się już tak okazale.

 

Anthony Joshua, to jednak nie tylko imponująca muskulatura. Ten facet ma talent, to widać od dawna gołym okiem. Waży 113 kg i biega regularnie 100 metrów poniżej 11 sekund. Swoich przeciwników też nokautuje szybko i robi to z zimną krwią. Pas IBF zdobył w tym roku w swojej 16 zawodowej walce. Dziś ma ich na koncie 18, wszystkie wygrane przed czasem i niedługo rozpocznie przygotowania do mega hitu, jakim będzie jego pojedynek z Kliczką.

 

Były król wagi ciężkiej zaproszony do ringu zaraz po tym jak Joshua rozprawił się brutalnie z Moliną, wziął do ręki mikrofon i potwierdził, że 29 kwietnia przyszłego roku zmierzy się ze swoim byłym sparingpartnerem na stadionie Wembley.

 

- Ludzie na to czekają, zróbmy to. On jest mistrzem olimpijskim, ja też. Do mnie należały mistrzowskie pasy wagi ciężkiej przez wiele lat, teraz on jest najlepszy w tej kategorii. Ale ja pistolety mam odbezpieczone, będę gotowy 29 kwietnia – powiedział Kliczko, który miesiąc wcześniej skończy 41 lat.

 

Joshua, w swoim stylu, tylko się uśmiechnął i odpowiedział. – Ma prawo o nie walczyć (IBF, WBA), więc niech wygra lepszy. Szanuję go za to co osiągnął, ale w ringu nie będę o tym pamiętał.

 

W środę pierwsza konferencja przed tym pojedynkiem i machina promocyjna ruszy na dobre. Kto będzie w tym starciu gigantów faworytem ? Dla mnie osobiście Joshua.

 

I trochę się dziwię, że Kliczko chce podjąć ryzyko.