Rodzice wybrali wódkę. Polak z sierocińca gwiazdą w USA!

Inne
Rodzice wybrali wódkę. Polak z sierocińca gwiazdą w USA!
fot. Facebook/Adam Griffith
Adam Griffith (pierwszy od lewej) z kolegami i trofeum za akademickie mistrzostwo USA

W dzieciństwie całe dnie spędzał z piłką. Nie, nie grał w nią z tatą, bo ten wolał pić wódkę. Wychowywał się w sierocińcu. Pewna amerykańska rodzina zafundowała mu jednak zupełnie nowe życie. Dziś znów kopie piłkę, tyle że w USA i trochę inną niż dawniej. Poznajcie Adama Griffitha, prawdopodobnie przyszłą gwiazdę NFL.

Jego życie przypomina scenariusz filmu "Wielki Mike", oparty na życiu Michaela Ohera, wielkiej gwiazdy NFL. Bogata amerykańska rodzina przygarnia pod swój dach bezdomnego, czarnoskórego nastolatka. Chłopiec odkrywa w sobie niezwykły talent, ale wiele czasu zajmuje mu nauka boiskowych zasad. Gdy w końcu wie co i jak, nie ma już sobie równych.


Chleb i dwa plastry szynki

Adam Griffith, a właściwie Andrzej Dębowski, to "Wielki Mike" w białej skórze, urodzony w podszczecińskim Stargardzie. "Ponurym mieście, w pobliżu granicy z Niemcami, w jednej z najbiedniejszych prowincji w kraju" - piszą Amerykanie z serwisu Alabama.rivals.com. W Polsce mieszkał do 13. roku życia - w tym czasie tułał się od sierocińca do sierocińca. W sumie zaliczył ich cztery. Chłopak nie zgadzał się na takie życie. Odliczał dni do momentu, w którym skończy 18 lat, będzie mógł sam o sobie decydować i w końcu opuści progi domu dziecka.

Rodzice? Mówią, że rodziców i dzieci się nie wybiera. Ale Dębowski naprawdę miał pecha. Ojciec z matką pili, nie pracowali, nie byli w stanie utrzymać siedmiorga dzieci. Sąd w końcu pozbawił ich opieki i cała siódemka trafiła do domów dziecka. Z początku rodzina widywała się jeszcze w weekendy, ale kolejne postanowienie sądu szybko położyło temu kres. Rodzice nie odwiedzali Andrzeja już nawet w urodziny. Ojciec wkrótce trafił do więzienia.

W pewnym momencie chłopiec dzielił pokój z ośmiorgiem innych dzieci. Na śniadanie dzień w dzień był chleb z masłem i dwoma plasterkami szynki. O pomocy w nauce nie mógł nawet pomarzyć. Jedyną (konstruktywną) formą rozrywki było wtedy codzienne bieganie za piłką. W ten sposób uciekał od rzeczywistości, w której był zdany tylko na siebie. - Tam dorasta się znacznie szybciej - stwierdził w wywiadzie po latach.

Wszystkie te zawirowania i warunki, w jakich dorastał, odbijały się na jego zachowaniu. Alkohol, papierosy - próbował ich już w podstawówce. Wielkie problemy sprawiał także swoimi ciągłymi ucieczkami. Raz zniknął na dwa dni - spał w krzakach, ukradł jedzenie. Znalazła go dopiero policja.

I prawdopodobnie taki stan rzeczy trwałby jeszcze latami. Dębowski unikał szkoły jak ognia, więc zapewne by jej nie skończył, a problemy, które sprawiał w podstawówce, z czasem mogłyby nabrać znacznie większych rozmiarów. Jego ojciec też dorastał w domu dziecka i też nie mógł uporać się z rzeczywistością. Skończył w więzieniu... Andrzeja jednak ni stąd, ni zowąd spotkał niesamowity dar od losu.

Jeden na sto tysięcy

W naszym kraju jest około 450 sierocińców i prawie sto tysięcy sierot. Według statystyków, w latach 1991-2013 pod dachy amerykańskich rodzin trafiło z Polski zaledwie 41 nastolatków. W samym 2006 roku - tylko jeden. 13-letni Andrzej Dębowski.

Choć sam o tym nie wiedział i cały czas liczył, że po 18-tce wróci do rodziców, chłopiec od lat był na liście "przeznaczonych do adopcji". Michelle i Tom Griffith, nauczyciele matematyki z Calhoun w Georgii, dowiedzieli się o jego istnieniu za pośrednictwem jednego z adopcyjnych portali. Małżeństwo nie mogło mieć własnych dzieci, a za wszelką cenę tego pragnęło. Dlaczego wybrali akurat Andrzeja? - Nie wiem co to było. Zakochaliśmy się w nim, po prostu na niego patrząc. Miał coś takiego w oczach... - próbowała wytłumaczyć Michelle.

Małżeństwo odwiedziło nastolatka w Polsce dwa razy. Regulamin agencji adopcyjnej zakładał, że przed podpisaniem odpowiednich dokumentów, obie strony muszą spędzić ze sobą przynajmniej 30 dni. Andrzej spodobał się Amerykanom także na żywo. Problemem nie była nawet bariera językowa - przyszli rodzice poznali się z 13-latkiem za pomocą prostych, często jednowyrazowych zdań. Ten jednak nie był specjalnie przekonany co do wyjazdu. Bał się nieznanego, nie chciał opuszczać rodzeństwa i wciąż liczył, że wróci do rodziców.

Szalę przeważyła dopiero rozmowa z ojcem, który w międzyczasie wyszedł na wolność i zatrudnił się w sierocińcu jako wolontariusz. Obaj doszli w końcu do wniosku, że tak będzie dla chłopca najlepiej.

Ruszyła procedura adopcji. Chłopiec przyjął nazwisko Griffith i wybrał sobie nowe imię - Adam. Było krótkie, łatwe w pisowni, lecz co najważniejsze - symbolizowało nowy początek. Potem poszło już błyskawicznie. Adam Griffith znał się z rodzicami zaledwie dwa miesiące, a po chwili czekał już na warszawskim Okęciu, by odlecieć do nowego, lepszego życia. Za Ocean.

Talent na miarę Janikowskiego?

Adam trafił z piekła do raju. Obskórne i przeludnione pokoje sierocińca zamienił na malowniczą 65-hektarową posiadłość nad rzeką Coosa. Oczywiście, nie obyło się bez trudności. - Kiedy w końcu tutaj dotarłem, zrozumiałem, że będzie inaczej. Nie znałem angielskiego, więc nie mogłem się z nikim porozumieć. Było naprawdę ciężko - mówił. Z początku nie pasowało mu także jedzenie i był nieśmiały w stosunku do rówieśników. Dzięki rodzicom wszystkie trudności zostały jednak przezwyciężone. Angielskiego Adam nauczył się w zaledwie kilka miesięcy. I zyskał coś jeszcze.

Dziś, prawie po 11 latach od adopcji, jest prawdziwą gwiazdą uniwersyteckiej ligi futbolu amerykańskiego. Rozgrywki cieszą się w USA olbrzymią popularnością (frekwencja sięga nawet 160 tysięcy!), organizowane są z wielką pompą i uchodzą za przedsionek do wielkiej kariery w NFL. Griffith gra na tej samej pozycji, co Sebastian Janikowski - jest kopaczem. Niektórzy twierdzą, że wcale nie mniej utalentowanym. Pojawia się jednak pytanie: co sprawiło, że chłopiec, który przyjeżdżając do USA nie wiedział nawet co to futbol amerykański, nie mówiąc już o zasadach, sam zaczął go uprawiać i stał się w tym cholernie dobry?

Wszystko zaczęło się w siódmej klasie, czyli rok po przylocie do USA. Adam rozmawiał z nauczycielem WF-u o piłce nożnej, którą uprawiał wcześniej amatorsko i zapewniał go, że byłby w stanie przekopać pół boiska także jajowatą piłką do futbolu amerykańskiego. Nie widział w tym nic trudnego, zastanawiał się, dlaczego innym sprawia to problem. Nauczyciel polecił, żeby chłopiec spróbował najpierw z 35 jardów. Adam, mając na sobie zwykłe tenisówki, wyzwania się podjął. I sprostał mu bezbłędnie.

Nazajutrz Griffith wystąpił w swoim pierwszym meczu gry, której zasad kompletnie nie rozumiał. Trenerzy musieli mówić mu, kiedy ma biec, kiedy podać i kiedy nadeszła przerwa na odpoczynek. Jak jednak zgodnie podkreślają, było warto. - Już wtedy, w tak młodym wieku, miał niespotykany dar. Pod względem talentu, był lata świetlne przed rówieśnikami. Nie sądzę jednak, że zdawał sobie sprawę z tego, jaki był wyjątkowy. Nie wychował się w USA i nie wiedział co futbol znaczy dla Amerykanów - mówił Marc Feuerbach, opiekun chłopca w liceum. Adam szybko stał się głównym kopaczem szkoły, a w wieku 15 lat wiedział już, że ta wcześniej dość egzotyczna dyscyplina, może zapewnić mu wspaniałą pryszłość.

57 jardów do szczęścia...

Kolejne rozdziały tej historii to już klasyczny "american dream". Griffitha chciały u siebie praktycznie wszystkie uczelnie wyższe w kraju, on jednak wybrał University of Alabama, 16-krotnego mistrza ligi akademickiej NCAA. Otrzymał pełne stypendium sportowe i z czasem zyskał tytuł jednego z najbardziej utalentowanych młodych kopaczy USA. Zdarzyła mu się jednak pewna mała wpadka...

Adam cieszył się taką renomą, że już w swoim pierwszym meczu na uczelni przyszło mu rozstrzygnąć o losach spotkania. Naprzeciwko drużyna Auburn, największy rywal Alabamy, do końca zaledwie sekunda, a przed nim piłka ustawiona na 57. jardzie od bramki. Celne uderzenie przesądziłoby o zwycięstwie. Tym razem jednak Griffith chybił. Poszła kontra, którą na punkty, a w rezultacie na zwycięstwo Auburn, zamienił Chris Davis. I to w jakim stylu! Kapitan rywali złapał piłkę, minął cały zespół Alabamy i na pełnej szybkości wpadł w pole punktowe. Cała Ameryka, na czele z dziennikiem "New York Times", okrzyknęła tę akcję najlepszą w historii akademickiego futbolu amerykańskiego.

Każdy inny na miejscu Griffitha prawdopodobnie by się załamał. Ale nie on. - W porównaniu z tym, co w życiu przeszedłem, ten błąd naprawdę nic nie znaczy - stwierdził w wywiadzie dla ESPN. Maszyna ruszyła. Amerykanie byli ciekawi, co tak strasznego mogło spotkać 20-latka. Dziennikarze ESPN postanowili odpowiedzieć na to pytanie i zafundowali Adamowi przelot do Polski, by oprowadził telewidzów po miejscach swego dzieciństwa. Dom dziecka, odnowienie starych przyjaźni, w końcu rozmowa z biologicznymi rodzicami... Materiał poruszył wszystkich, Griffith zyskał jeszcze większą popularność. Ale nic więcej nie zdradzamy - reportaż możecie obejrzeć TUTAJ.  

Adam Griffith ma dziś 23 lata, na koncie dwa mistrzostwa NCAA, a gratulacje składał mu sam Barack Obama. Jest na ostatnim roku studiów, niedługo uzyska tytuł magistra. Kto by pomyślał, dzieciak, który notorycznie uciekał z lekcji... - Kiedy byłem w Polsce, nienawidziłem szkoły. Tu się wszystko zmieniło. To zasługa rodziców, jestem im bardzo wdzięczny - tłumaczył. Ale przed nim jeszcze jedno wyzwanie. Być może najważniejsze - draft do NFL, który w dniach 27-29 kwietnia odbędzie się w Filadelfii. Status jednego z najlepszych kopaczy NCAA powinien załatwić sprawę, ale nawet jeśli jakimś cudem się nie uda, Griffith ma alternatywę - chciałby zostać agentem FBI.

"Wielki Mike" ze Stargardu jest coraz bliżej celu. Spotkało go coś zupełnie niespotykanego. Coś, w co ciężko uwierzyć i żaden film tego nie odzwierciedli. Kiedyś odrzucili go nawet najbliżsi, dziś wierzy w niego cała Ameryka. Niezbadane są wyroki boskie...

Rafał Hurkowski, Polsat Sport
Przejdź na Polsatsport.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze

Przeczytaj koniecznie