W 2007 roku sir Alex Ferguson zakazał graczom Manchesteru United organizowania imprez świątecznych. Wszystko przez incydent w słynnym Great John Street Hotel. Incydent to jednak zdecydowanie za małe słowo, by opisać to, co się wydarzyło.. Zaczęło się od Rio Ferdinanda, który był organizatorem całego przedsięwzięcia. A skoro on stał na czele, to pewne było, że coś się musi wydarzyć. Na początku zebrał od każdego kolegi z zespołu po 4 tysiące funtów. Szybko wszedł w posiadanie 100 tysięcy, a pomysły same pojawiały się w jego głowie. Było więc kasyno, drinki, a następnie wszyscy przyjechali do wcześniej wspomnianego hotelu.

 

Nie zadzieraj z Bartonem

 

Zakazany był także udział partnerek - tak chciał Ferguson. To jednak nie przeszkodziło piłkarzom, by na imprezie pojawiło się... osiemdziesiąt specjalnie wyselekcjonowanych kobiet. Jedna z nich opowiedziała nawet mediom, że kilku zawodników długo kręcili się przy bardzo młodej dziewczynie, a po chwili wszyscy zniknęli na gorze. W efekcie nad ranem aresztowano Jonny'ego Evansa, który jednak po kilku godzinach był już na wolności. Przyjęcie jednak nie zostało przerwane, a najlepiej bawili się Wayne Rooney oraz Rio Ferdinand. Show skradł jednak Ryan Giggs, który wcielił się w rolę… Elvisa Presleya.


Cofnijmy się teraz w czasie. Jest 2004 rok - Joey Barton wraz z kolegami z Manchesteru City udał się imprezę świąteczną, która była także powodem do świętowania nowego kontraktu piłkarza. Alkoholu było więc mnóstwo, a konsekwencji - równie dużo. Posłuchajmy więc samego sprawcy, który opisał ją na własnej stronie. Ofiarą został Jamie Tandy, piłkarz młodej drużyny Obywateli. Jego problemy zaczęły się jeszcze, kiedy alkohol nie lał się strumieniami. Tandy zamiast kolęd zaczął śpiewać piosenki obrażające mieszkańców Liverpoolu, a jako że Barton pochodził właśnie stamtąd zwrócił mu uwagę w sposób bardzo agresywny.

 

 

O sprawie zapomniano, ale tylko na chwilę. Kiedy niczego niespodziewający się Barton siedział z Dannym Millsem i Bradleyem Wrightem-Phillipsem nagle zaczął płonąć! Okazało się, że to sprawka Tandy’ego. – Odwróciłem się i zobaczyłem go szeroko uśmiechnięto. To było na zasadzie: zobacz, to ja zrobiłem.. a może jednak nie ja? Wszyscy wiedzieli, że to on – wspomina bardziej doświadczony gracz. Alkohol i ogromna złość zrobiły swoje. Barton przyznał, że szukał czegoś na stole, ale że niczego nie znalazł, to zabrał Millsowi papierosa i chciał wypalić go żartownisiowi na szyi. Pechowo nastolatek się odwrócił i został trafiony… w oko! – Wiedziałem, że to złe, ale ten idiota podpalił mi koszulkę! – pisał Barton. Ostatecznie skończyło się w sądzie, w związku z czym Tandy otrzymał odszkodowanie.

 

Dwa lata wstydu i pech Redknappa

 

Dwa lata z rzędu musiał się wstydzić Neil Lennon – wtedy piłkarz i podpora Celtiku Glasgow. Przypomnijmy więc w skrócie jego ekscesy. W 2001 roku Irlandczyk z Północny tak mocno świętował, że… uderzył głową w krawężnik. Rok później drużyna wybrała się do Newcastle, a Lennon – wraz z trójką innych zawodników: Bobby Pettą, Joosem Valgaerenem i Johanem Mjallbym – skończył w areszcie, gdyż – a to zaskoczenie – rozbił dwa aparaty warte łącznie ponad 24 tysiące funtów. Co ciekawe, drużyna udała się do Anglii, by uniknąć zainteresowania mediów w Glasgow…

 

Jak nie postępować z własnym trenerem zademonstrował w 2009 roku Robbie Keane. Napastnik Tottenhamu powiedział Harry’emu Redknappowi, że drużyna nie zamierza imprezować, tylko uda się na spokojną grę w golfa. Kiedy czujność szkoleniowca zmalała, Irlandczyk zabrał całą drużynę na dużą imprezę do Dublina. Do Londynu piłkarze wrócili dopiero na 72 godziny przed kolejnym meczem (przegranym z Wolverhampton 0:1). Po tym ekscesie Keane wylądował na liście transferowej.

 

Redknapp nie miał szczęścia do imprez świątecznych. Kiedy był trenerem West Ham United wielu piłkarzy nie wróciło do domów, tylko po prostu bawiło się całą noc i teoretycznie nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie nietypowe zachowanie kilku z nich. Trevor Sinclair i Neil Ruddock trafili więc do aresztu, gdyż - według sprawozdania policjantów - ich zachowanie mogło zagrażać bezpieczeństwu innych. Najgorsze wspomnienia powinien mieć jednak Hayden Fox. Rudowłosy obrońca nikogo nie pobił, nie wdał się w pyskówkę, był bardzo grzeczny, ale... No właśnie, trudno to nawet w normalny sposób skomentować. Fox chciał skorzystać z toalety, lecz była ona zajęta. Australijczyk stwierdził więc, że nie może dłużej czekać, więc... oddał mocz blisko baru. Nie chcemy nawet myśleć, co w tym momencie myśleli ludzie przebywający wokół niego. Co ciekawe sam zawodnik nie rozumiał nagonki na swoją osobę.

 

Czterech kolegów na deskach


Nietuzinkowo było także na przyjęciu AGF Arhus, gdzie trenerem w 2004 roku był Stig Tofting, który kiedyś zaliczył krótki epizod w Boltonie Wanderers czy też Hamburgerze SV. Ogólnie w ciągu czternastu lat zaliczył dziesięć klubów, więc lojalnym pracownikiem nigdy nie był. Kiedyś trafił też do więzienia za napad podczas wakacji w Horning (czyli tam, gdzie się urodził). Na świątecznej imprezie w pewnym momencie ktoś podarł jego koszulkę, a to nie mogło ujść na sucho. Duńczyk nie wytrzymał, a że nikt nie chciał się przyznać, to doszło do bójki, choć to złe określenie, bo nie była to równa walka. Tofting pobił czterech kolegów, zanim udało się nad nim zapanować...

 

Robbie Fowler, legendarny napastnik Premier League, jeszcze do niedawna autor najszybszego hat-tricka w historii ligi, jest kojarzony głównie z grą w Liverpoolu, ale podczas krótkiego epizodu w Leeds United zrobił coś, co zdecydowanie można sklasyfikować jako rzecz dziwną. Piłkarz bowiem przesadził nieco z alkoholem - na tyle, że po prostu zasnął. Ówczesny menadżer "Pawii" chciał zamieść sprawę pod dywan, więc z chęcią opowiedział dziennikarzom, że jego podopieczny dobrze się bawił, a później taksówka odwiozła go do domu. Pomysł był co najmniej niezły, lecz ostatecznie się nie powiódł. Wszystko przez... samego Fowlera i stację benzynową!

 

W skrócie: piłkarz wraz z ochroniarzami wsiedli do samochodu, a na nieszczęsnej stacji musieli zaliczyć nieplanowany postój. Tam czekał już paparazzi, który jednak został szybko namierzony i zaatakowany! W tym czasie Fowler smacznie spał, lecz wobec hałasu wstał i... sam ruszył, by wymierzyć sprawiedliwość. Efekt? Zniszczony aparat i areszt, z którego jednak szybko wyszedł.