Turniej Czterech Skoczni, to piękna i trudna impreza. Cztery obiekty o różnym stopniu trudności, osiem konkursowych skoków dla tych, którzy nie odpadną z rywalizacji po pierwszej serii, dziesięć dni skakania na obszarze dwóch państw, Niemiec i Austrii. Do tego niezwykła, świąteczno-noworoczna atmosfera, całkiem spore pieniądze dla najlepszych i wielki prestiż.

 

Polakom w tych zawodach najczęściej było pod górkę. Tylko Adam Małysz, w 2001 roku, stanął w łącznej klasyfikacji na najwyższym stopniu podium. Ale na „Górze Cieni” nawet on nie dał rady, był dwukrotnie trzeci. Na najniższym stopniu podium stali też tam przed laty Piotr Fijas i Stanisław Bobak.

 

Tym bardziej więc powinna cieszyć forma Stocha, nasz podwójny mistrz olimpijski z Soczi poszedł krok dalej, zajął w pierwszym drugie miejsce, przegrywając minimalnie (2,8 pkt) z Austriakiem Stefanem Kraftem.

 

Skoczek z Zakopanego znów lata tak pięknie, jak wtedy gdy wygrywał Zimowe Igrzyska w Rosji, mistrzostwa świata i zdobywał Kryształową Kulę. Płynie w powietrzu, oglądając go odnosi się wrażenie, że nie sprawia mu to najmniejszej trudności i stać go na więcej.

Problemy mają za to Słoweńcy, Peter Prevc, dominator poprzedniego sezonu i jego 17 lat brat Domen, aktualny lider PŚ. Ma je też znakomity niemiecki skoczek, Severin Freund. Świetny w tym sezonie Norweg Daniel Andre Tande również nie ma powodów do zadowolenia, drugim skokiem zbliżył się wprawdzie do podium, ale nie zdołał na nie wskoczyć.

 

Tak naprawdę cieszyć się mogą tylko Austriacy (miejsca 1-3-5) i Polacy (2-7-12). To jest przy okazji taka cicha rywalizacja dwóch kumpli sprzed lat, świetnych austriackich skoczków, a później młodych trenerów, którzy pracowali z młodzieżą w naszym kraju, Heinza Kuttina i Stefana Horngachera.

 

Ten pierwszy ponad dekadę temu zastąpił Apoloniusza Tajnera, ale wielkich sukcesów z pierwszą reprezentacją Polski nie odniósł. Po nim nastał Fin Hannu Lepistoe, później był Łukasz Kruczek, a z Małyszem znów Lepistoe. Teraz mamy Horngachera, który na razie ma powody do zadowolenia. A Kuttin raduje  się z Austriakami.

 

Nie mam nic przeciwko temu, by taka wojna trwała jak najdłużej. Po pierwsze dlatego, że gwarantuje rywalizację na najwyższym światowym poziomie, a po drugie nie ma w niej zdecydowanego faworyta. Kuttin ma Krafta, Michaela Hayboecka i Manuela Fettnera,  a  Horngacher wracającego do olimpijskiej formy Stocha, zdolnego do wielkich sportowych wyczynów Piotra Żyłę, czy wielce utalentowanego, głodnego sukcesów Maćka Kota. Jest  też daleko lądujący w tym sezonie Dawid Kubacki, oraz solidny i pewny Stefan Hula, więc w kontekście konkursów drużynowych i lutowych mistrzostw świata w Lahti, możemy śmiało myśleć o medalu.

 

Ale teraz mamy Turniej Czterech Skoczni i Kamila Stocha, który ma wszelkie dane ku temu, by pójść w ślady Małysza. Po niedzielnym, Noworocznym konkursie w Garmisch Partenkirchen będziemy mądrzejsi. Później zostanie Innsbruck i na koniec Bischofshofen. Dopiero wtedy, 6 stycznia, w święto Trzech Króli, miejmy nadzieję, będzie okazja otwierać szampana.