Poznałem Marka w 1987 roku na mistrzostwach świata w kick-boxingu w Monachium (1987). Pojechaliśmy na nie z Januszem Pinderą i od pierwszego spotkania byliśmy zachwyceni Piotrowskim. Młodziutki chłopak (miał wtedy 23 lata), nic wielkiego jeszcze nie osiągnął, a mówił, że jedzie po mistrzostwo świata. Wtedy wydawało nam się to fanfaronadą, ale Marek szybko rozproszył wątpliwości, zdobył mistrzostwo świata. - Mówiłem o mistrzostwie świata, bo stawiając sobie najwyższe cele zmuszam się do najwyższego wysiłku, aby je osiągnąć – tłumaczył nam.

Potem były kolejne sukcesy, dramatyczne walki, wygrane z legendami kick-boxingu Roufusem i Wilsonem, przegrany rewanż z Roufusem, straszliwe lanie z rąk (a bardziej nawet z nóg) Roba Kamana, seria zwycięstw w boksie (21-0).

I gdy miał już na stole kontrakt na 250 tysięcy dolarów na walkę o zawodowe mistrzostwo świata w boksie, zakończył karierę. Z jego zdrowiem było już wtedy niedobrze, mówił coraz trudniej. Jeszcze w 2000 roku spotkaliśmy się w Detroit w czwórkę: Marek, Piotr Pożyczka, Janusz Pindera i ja. Pogadaliśmy, Marek i Piotr pokazali nam kawałem miasta…Gdy okazało się, że dziecko które uważał za swoje nie jest jego, wrócił do Polski, do rodzinnego Dębego Wielkiego koło Warszawy, usunął się w cień.

Po obejrzeniu tego znakomitego filmu o Marku Piotrowskim zastanawiałem się czy był w polskim sporcie większy wojownik od niego. Doszedłem do wniosku, że nie. Wielkimi wojownikami byli Jurek Kulej, Marian Kasprzyk, Tomek Adamek, bracia Skrzeczowie, Paweł Nastula, bracia Lipieniowie, Andrzej Supron.… Ale żaden z nich nie nosił takiego wielkiego ciężaru poza ringiem czy matą. Tak, Marek Piotrowskim był największym wojownikiem pośród wszystkich wojowników.

„Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga. Pracuj tak jakby wszystko zależało od ciebie” - mówi w filmie Marek Piotrowski.

To życiowe credo Marka polecam na początku 2017 roku wszystkim polskim sportowcom.